[ Pobierz całość w formacie PDF ]
O ile wiem, wszystkie inne jaguarołaki są w Brazylii.
- Nigdy nie myślałaś, żeby tam wrócić i poszukać kogoś, kto mógłby ci pomóc?
- Nigdy mi się to nie udało. - Jestem taka smutna, żałujcie mnie...
- Ależ, Irenę, jeśli się czegoś chce, zawsze znajdzie się sposób.
Może dlatego Ariel tak mnie denerwowała - przez to słoneczne podejście do życia w
stylu Polyanny.
Czasami coś się po prostu nie udawało.
- Chciałabym wziąć ślub przy pełni księżyca. Czy na to też znajdzie się sposób?
- Niekiedy trzeba trochę skorygować swoje marzenia, żeby były bardziej realistyczne.
- Aatwo ci mówić.
Uniknęła konfrontacji, na nowo przejmując kontrolę nad rozmową.
- Powiedz mi, dlaczego tak naprawdę nie wróciłaś do Brazylii.
- No wiesz - rzuciłam wesoło. - Musiałam wrócić do domu, skończyć szkołę, a potem
poznałam jednego gościa, rozumiesz, a potem z nim zerwałam, no i wiesz, jak to jest,
ciągle wyskakuje coś nowego i jakoś tak mi zeszło.
Ariel tego nie kupiła.
- Irenę, czy ty mnie wkręcasz?
Do licha, miała mnie. Ale to nie oznaczało, że musiałam się do tego przyznawać.
- Och, Ariel, dlaczego miałabym robić coś takiego?
- Ty mi powiedz.
- Dzwonienie do ciebie ze zmyśloną historyjką o jaguarołaku byłoby pewnie... no nie
wiem... przejawem urojeń wynikających z jakiejś choroby psychicznej? Rozpaczliwą próbą
zwrócenia na siebie uwagi?
- Też tak myślę - odparta Ariel. - Przechodzimy do następnego rozmówcy, Geralda...
Rozłączyłam się, zniesmaczona. Ciągle nie sprowokowałam jej do powiedzenia niczego
głupiego. To ja czułam się głupio, ale nieważne. Moja wewnętrzna dwulatka świetnie się
bawiła.
Cormac przyglądał mi się z kuchni, co tylko potęgowało moje niezadowolenie. Nie
potrzebowałam publiczności. A przynajmniej nie takiej, która siedzi tuż obok i wlepia we
mnie gały.
- Przyszło ci do głowy - zasugerował - że może ona tak naprawdę jest wampirem albo
czarownicą, tak jak ty jesteś wilkołakiem? I tylko się z tym nie ujawnia, tak jak ty kiedyś?
- To znaczy do chwili, kiedy ty mnie ujawniłeś? Wzruszył ramionami, jakby chciał
powiedzieć: Kto, ja?"
- To zwykła kolekcjonerka tanich sensacji - wymamrotałam.
- Więc kim ty jesteś, do cholery?
- Przeszłością, najwyrazniej. - Odgarnęłam włosy do tyłu i westchnęłam.
Wstał, biorąc z blatu szafki kurtkę i strzelbę.
- Chcesz się nad sobą użalać, rób to sama.
- Ja nie... to nie jest... nie chcę, żebyś się nade mną użalał.
- No i dobrze. Bo nie mam zamiaru. Jeśli jesteś przeszłością, to wyłącznie twoja wina.
- Dokąd idziesz?
- Pełnić straż. Dam ci znać, gdy zobaczę jakieś wypatroszone króliki.
Aup, zatrzasnął za sobą drzwi, i tyle go widziałam.
Warknęłam sfrustrowana, złapałam koc i zawinęłam Kię w kokon na kanapie.
Nie byłam przeszłością. Naprawdę nie byłam. Jeszcze.
Rozdział 7
Obudziłam się przestraszona i usiadłam na kanapie. Niczego nie słyszałam, nie wyrwało
mnie ze snu nic konkretnego, ale czułam się tak, jakby ktoś trzasnął drzwiami albo strzelił
z broni palnej. Cormac.
Spał na krześle, które przyciągnął sobie do okna salonu. Pełnił straż, tak jak obiecał. Ale
nigdy bym się nie spodziewała, że w tym czasie zaśnie. To po prostu nie było w jego stylu.
Cokolwiek wyrwało mnie ze snu, jego nie ruszyło. Nawet chrapał lekko, siedząc z
pochyloną głową, tak że jego podbródek niemal dotykał piersi.
Niebo było szare. Dość jasne, więc słońce już wzeszło, ale zasnute chmurami, jakby miał
padać śnieg.
Czułam się trochę słaba i przymulona, co dowodziło, że się nie wyspałam.
- Cormac? - powiedziałam.
Wyprostował się natychmiast i położył dłoń na rewolwerze, który zostawił na moim
biurku. Dopiero kiedy się rozejrzał z napięciem, siedząc na samym brzegu krzesła, jakby
czekał na atak, odezwał się:
- Co się stało? - Nie patrzył na mnie; jego uwaga była skupiona na oknie i drzwiach.
- Coś mnie obudziło - wyjaśniłam.
- Nie chciałem zasnąć - powiedział. - Nie powinienem był zasypiać. - Trzymał rewolwer
jak dziecko ściska przytulankę. Nie podniósł go, ale nie wątpiłam, że mógłby wycelować i
strzelić w ułamku sekundy. Jego serce biło za szybko. Słyszałam je i wyczuwałam jego
niepokój. Spanie podczas warty nie było u niego czymś naturalnym. Jego strach podsycał
mój.
- Tam coś jest - szepnęłam.
- Słyszysz coś?
- Nie wiem. - Skupiłam się, próbując jeszcze raz przypomnieć sobie, co powiedziały mi
zmysły, co właściwie wyrwało mnie ze snu.
Czułam krew. To nie była nowa, świeża krew, tylko stara, zgniła, śmierdząca. I nie było
jej odrobinę - przypominało to rzeznię. Mnóstwo krwi, która była wszędzie, jakby ktoś
wymalował nią ściany. Nie... nie...
Wez się w garść. Nie trać głowy.
- Czujesz coś? - spytałam łamiącym się głosem. Oczywiście że nie czuł. Nie tak jak ja. Jak
mógłby?
- Zakładam, że masz na myśli coś niezwykłego.
- Krew.
- Dobrze się czujesz? Podeszłam do drzwi. Wynoś się.
Przystanęłam z dłonią na klamce i zacisnęłam powieki. Nie było żadnego głosu. Niczego
nie słyszałam. Uchyliłam drzwi.
Zapach uderzył mnie jak fala. Nigdy nie czułam niczego takiego. Smród był obrzydliwy,
przytłaczający, jakby mnie atakował. Czy tak mogło cuchnąć zło?
- Tam coś jest - powiedziałam. I to coś mnie nienawidziło. Zostawiło te wszystkie znaki,
by mi pokazać, że mnie nienawidzi.
- Odsuń się. - Cormac z uniesionym pistoletem odsunął mnie od drzwi. - Zostań tu.
Posłuchałam go, trzymając zaciśnięte dłonie przy piersi. Otworzył drzwi odrobinę
[ Pobierz całość w formacie PDF ]