[ Pobierz całość w formacie PDF ]

przy księdzu dwóch synów
maglarki Franciszkowej.
W słoneczną niedzielę, w
końcu długiego korytarza,
ustawiono ołtarz, po prostu stół
nakryty prześcieradłem,
przybranym zielenią, o którą
postarała się Aspazja Iwanowna.
Pośrodku zawieszono obrazek
Matki Boskiej Częstochowskiej, a
pod nim postawiono krucyfiks.
Msza się rozpoczęła. Bobiś z
Józkiem w skupieniu usługiwali
do niej. Jak ptaki drzewa, tak
drgające wzruszeniem głosiki
dzieci obsiadły obraz Maryi,
zawieszając koło niego
srebrzyste vota serc
rozmodlonych. A starsi w czasie
tej pierwszej mszy, której
słuchali na terenie Rosji,
modlili się z gorącą wiarą
nowonawróconych i wdzięcznością
za cud, który ich wyratował z
więzień i łagrów. Gdy po
skończonym nabożeństwie
zabrzmiało "Boże coś Polskę" -
łzy tamowały głosy.
Przed Twe ołtarze zanosim
błaganie,@ ojczyznę wolną racz
nam wrócić, Panie...@
- rozniosło się szlochem po
korytarzu, w którego kącie stała
blada Aspazja Iwanowna i z
czapką w ręku stary stróż
Fiedka.
W żarliwej modlitwie uspokoiły
się serca i uciszyły burze.
Długo jeszcze po skończonej mszy
paliły się świece na przygodnym
ołtarzu, rzucając migotliwe
blaski na dobrotliwą twarz
Maryi, od której spływało na
modlących się błogosławieństwo
ukojenia i nadziei.
Po tej pamiętnej niedzieli
żwawo przygotowywano się w
sierocińcu do wyjazdu, licząc
się z tym, że lada dzień
kierownik wraz z samochodami
powróci z Persji, aby zabrać
dzieci i że wówczas mało może
być czasu, aby zorganizować
sprawne załadowanie wyprawy.
Podróż do granic Indii odbywać
się miała ciężarowymi
samochodami, specjalnie
przystosowanymi do tego celu.
Każdy z samochodów mógł
pomieścić dwadzieścioro dzieci i
nauczycielkę, trzeba więc było
zawczasu podzielić dzieciarnię
na grupy i przydzielić im
opiekę. Aby uniknąć w chwili
wyjazdu zamieszania, odbywały
się na podwórzu codziennie
ćwiczenia przygotowawcze, a
dzieciom porozdzielano tabliczki
z numerkami, które kierownikom
ułatwiać miały orientację i
komendę. Dzieci, nie mogąc
doczekać się wyjazdu, zamęczały
opiekunki tysiącem spraw i
pytań.
- Plosę pani - mówiła
zatrwożona Zosia - Heniek
powiedział, że tamuj, gdzie
jedziemy, to som dzikie ludy i
że one zjadajom dzieci.
- Na pewno nie zjadają dzieci,
ale jedzą różne inne dobre
rzeczy - śmiała się pani Maria,
uspokajając małą.
- To co Heniek mówi? - dąsała
się Zosia.
Nic nie było w stanie
zaspokoić rozbudzonej fantazji
dzieci, których zajęcia, zabawy,
a nawet sny były pod znakiem
podróży. Nastrój ten udzielił się
i starszym, a zwłaszcza radcy,
który dostał wiadomość, że
odwołują go do Londynu.
- Dzięki Ci Boże - mówił - że
umrę nie tutaj.
Radcę miano przewiezć do
Meszhedu osobowym samochodem. Ze
względu jednak na zły stan jego
zdrowia i potrzebę opieki w
drodze, uradzono, że pojedzie z
nim pani Anna.
- Biedny pan, panie Michale -
biadał radca, który przywiązał
się do towarzysza niedoli -
zostaje pan tutaj w tym okropnym
kraju.
- Nie ja jeden - uśmiechnął
się Michał - a zresztą z Bożą
pomocą wszyscy się powoli
wydostaniemy.
Wreszcie któregoś dnia przed
sierociniec zajechał sznur
samochodów pod dowództwem pana
Dajka, starszego mechanika.
Przywiózł on wiadomość od
kierownika, że konsulat sowiecki
w Meszhedzie odmówił jemu prawa
wjazdu i z trudem tylko zgodził
się wpuścić szoferów i samochody
do "raju", jednak pod warunkiem,
że pobyt ich w Rosji nie potrwa
dłużej niż 48 godzin.
- Jutro o 8_mej rano wyjazd -
oznajmiono dzieciom, których
podniecenie przed oczekującą je
podróżą doszło po tej wiadomości
do zenitu. Noc spędziły wiercąc
się i kręcąc z emocji na
posłaniach, a rankiem plątały
się po korytarzach i biegały
niespokojnie.
- Oj, będzie kłopot z tym
drobiazgiem - biadał pan Dajek
- będzie kłopot z wsiadaniem, a
tu przed zmierzchem trzeba
przebyć granicę, bo znów się
sowiety do czego przyczepią.
Na sygnał gwizdka dzieci
ustawiły się parami, trzymając
swoje rzeczy przy sobie.
- Psiakość - zaklął Dajek -
sprawnie to zrobiły.
Zawieszono jadącym na szyi
woreczki, w których zaszyta była
kartka z nazwiskiem i danymi
osobistymi. Kto wie, co w drodze
może się przytrafić? Na dalszy
znak dzieci podzieliły się na
oddzielne gromadki i ustawiły
się przy wyznaczonych
samochodach. Nastąpiła
wzruszająca scena pożegnania z
panem Michałem. Dzieciska
rzucały mu się na szyję,
ściskając go i prosząc, by
"Wujcio Michał" przyjechał do
nich jak najprędzej.
Wsiadanie do lor odbyło się
sprawnie. W dziesięciu
samochodach umieszczono dzieci,
jedenasty przeznaczono na rzeczy.
Ten z rzeczami ruszył pierwszy, [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elpos.htw.pl