[ Pobierz całość w formacie PDF ]
- Wiesz co? Chodzmy do mnie - zaproponował w pewnej
chwili. - Moi rodzice są w St. Moritz. Mają nadzieję, że spadnie
śnieg. Przed wyjazdem zawsze zamykają gorzałkę. Nie mam już
łóżka piętrowego, ale piwo musi tam jeszcze być.
70
Po drodze ciągle się śmiali i wygłupiali. Roland naprawdę cie-
szył się, że znów spotkał Buddiego.
Kiedy przechodzili obok bloku Rolanda, chłopak zauważył w
oknie twarz starej Marecke. Szturchnął Buddiego.
- Hej, popatrz. Tam, na starą. Jakaś taka dziwna, nie?
Buddi zaczął się wygłupiać i wskazał na siebie i na Rolanda.
Pokazał kobiecie butelkę. Marecke pokręciła przecząco głową.
Buddi dalej się wygłupiał, w końcu potaknęła. Kolega świetnie się
bawił.
- To idziemy do niej! Pamiętasz jeszcze, jak do niej dzwo-
niliśmy? Jak ona się nazywa?
- Marecke.
- Ach, tak. Marecke, Marecke! Czarownica!
- Stara dżdżownica!
- Chodz, idziemy! Może być niezła draka!
- Zmyślasz!
- Nie, taką okazję trzeba chwytać. Coś takiego nie zdarza się
co dzień - przekonywał Buddi.
Zadzwonili do drzwi.
- Kiedyś myślałem, że to wiedzma - szepnął Roland.
- Kto wie, może nią jest! - zaśmiał się Buddi.
Starsza kobieta ostrożnie uchyliła drzwi i spojrzała zza łańcu-
cha na chłopców.
- Dobry wieczór - powiedział uprzejmie Buddi. - Chcieliśmy
panią odwiedzić. Jest nam akurat tak wesoło. To jest Roland Ge-
iger. Mieszka w tym bloku, na drugim piętrze.
- Tak, wiem.
- Zwiętujemy nasze spotkanie. Nie widzieliśmy się prawie
dwa lata. Zechce się pani do nas przyłączyć?
- Nie wiem...
- Przynieśliśmy także coś do picia - mówiąc to, wyciągnął do
niej butelkę.
- Rolanda znam...
- To jest Buddi. Mój przyjaciel - przedstawił kolegę Roland.
Przerwał i po chwili zaczął wyjaśniać:
71
- Widuję panią często w oknie.
- Tak, ja ciebie też. Wyrosłeś.
Buddi niecierpliwił się.
- Wchodzimy czy nie?
Starsza pani wciąż wyglądała na niezdecydowaną. Mimo to
zdjęła łańcuch i wpuściła chłopców do mieszkania.
- O, rany! - wyrwało się Buddiemu, kiedy weszli do środka.
Roland też czegoś takiego nigdy wcześniej nie widział. Tu musiały
być dziesiątki tysięcy książek albo i więcej! Na korytarzu i w poko-
ju, na wszystkich ścianach - półki z książkami. Aż do sufitu! Na
podłodze również piętrzyły się stosy tomów!
- Wybaczcie, trudno mi się poruszać - powiedziała pani Ma-
recke i uprzątnęła kilka książek z kanapy.
- Czy wszystkie pani przeczytała? - zapytał Roland.
- Oczywiście, że tak. Niektóre nawet dwa razy - odparła ze
śmiechem kobieta. - Nogi już nie te, ale wzrok jeszcze dobry. Moje
oczy widzą więcej, niż sądzą niektórzy!
- A skąd ma pani tyle książek?
- Po mężu. Dla niego liczyły się w życiu tylko one. Od dawna
już nie żyje, a jedyne, co mi po nim zostało, to właśnie książki...
Właściwie nie mam nic, czym mogłabym was poczęstować. Rzad-
ko ktoś mnie odwiedza.
Buddi postawił butelkę na stole.
- Przynieśliśmy coś ze sobą.
- Ach, tak...
Staruszka wstała i z trudem podeszła do kredensu. Wyjęła z
niego dwa kieliszki.
- Dla pani też! - powiedział Buddi.
- Właściwie to ja już nie piję... Ale może mały kieliszeczek...
Chyba nie zaszkodzi... po tylu latach abstynencji.
Wyjęła więc trzeci kieliszek i postawiła na stole.
- Wiecie, że pani Pahlke, dozorczyni, przynosi mi zawsze za-
kupy. Ja nie dam rady już tak daleko zajść. Gdyby tak raz przy-
niosła jakiegoś pysznego koniaczku... ale nie, nie przyniesie...
Może to i lepiej....
72
Buddi napełnił kieliszki i wzniósł toast. Starsza pani też unio-
sła swój kieliszek.
- Naprawdę dobrze się stało, żeście mnie odwiedzili...
Upiła łyczek. Rolandowi zrobiło się nagle nieswojo. Nie chciał
pić.
- Buddi, myślę, że musimy już iść - odezwał się.
- Ach, jaka szkoda! Właśnie teraz, kiedy zrobiło się tak miło!
Zostańcie jeszcze chwilę - prosiła Marecke.
Roland siedział niespokojnie na kanapie i przysłuchiwał się
temu, co opowiada im sąsiadka, mianowicie, że już od dawna jest
sama, choć to akurat nie jest najgorsze.
- Koniec końców wszyscy jesteśmy samotni. Tylko ludzie nie
chcą tego przyjąć do wiadomości... Oby tylko umysł był sprawny,
[ Pobierz całość w formacie PDF ]