[ Pobierz całość w formacie PDF ]
im zimno i pili piwo, żeśmy nie nadążali nadstawiać filiżanek na tę zupę, tylko chochelki migały, tak że
nawet przebrani za kucharzy detektywi nie mogli się temu nadziwić. I jeszcze zapomniałem, że ci tajniacy
kazali się sfotografować na pamiątkę z czarnymi kucharzami, a tymczasem nasi kucharze na podwórzu
powoli obracali nad rozżarzonymi węglami tego faszerowanego wielbłąda, którego pocierali moczonym w
piwie wiechciem mięty; to był pomysł czarnych kucharzy. Ten ichni szef kucharzy cieszył się z tego
konceptu i powiedział, a tłumacz to przetłumaczył, że za to mogą liczyć na Order Marii Teresy. A kiedy już
to danie było gotowe, opadło napięcie ze wszystkich kucharzy, pomocy kuchennych, kelnerów, pikolaków i
oberkelnerów, bo ci czarni kucharze uporali się ze wszystkim, chociaż ciągle wlewali w siebie piwo... A ja
zostałem wyróżniony, bo sam cesarz, jak mi to powiedział tłumacz, wybrał mnie do serwowania jedzenia i
napojów cesarzowi. Więc za każdym razem klękałem we fraku na jedno kolano, potem podawałem i cofałem
się, ale wciąż dawałem baczenie, żeby w porę na dany znak dolać albo zabrać talerz. Tylko że cesarz jadł
mało, ledwie muskał wargami, wąchał niczym jakiś nadworny degustator, odrobinę przekąsił i moczył usta
w winie, i gwarzył z premierem. A goście im dalej siedzieli od tego, który to przyjęcie wydawał, im
mniejsze mieli godności, tym jedli i pili więcej, i coraz to żarłoczniej, a ci na samym końcu stołu i we
wnękach albo w sąsiednich pomieszczeniach, ci jedli tak, jakby wciąż byli głodni, i nawet bułki zjadali, a
jeden to zjadł posypane solą i pieprzem płatki cyklamenów z trzech doniczek... Detektywi we frakach stali w
rogach i po kątach, niby że są kelnerami, i trzymając przerzucone przez zgięte ramię ściereczki popatrywali,
żeby ktoś nie ukradł naszych złotych sztućców... I nadszedł najważniejszy moment obiadu, czarni kucharze
naostrzyli długie szable, takie koszerne noże, potem dwaj Murzyni unieśli na ramionach ten rożen, trzeci
wiechciem mięty przetarł pieprzny wielbłądzi brzuch, i weszli z tym do restauracji... Przeszli przez salę,
cesarz wstał i wskazał ręką na pieczonego -wielbłąda, a tłumacz przetłumaczył, że to specjalność afrykańska
i arabska... skromny poczęstunek od abisyńskiego cesarza... Dwaj pomocnicy wnieśli do hotelu dwie
stolnice używane przy świniobiciu, zestawili je, zbili dwiema klamrami i ułożyli wielbłąda na tym
wielgachnym stole. Potem przynieśli noże i długimi cięciami przepołowili wielbłąda raz, pózniej drugi, i
30
buchnął niesamowity zapach, a w każdym płacie był kawałek wielbłąda i antylopy, a w tej antylopie indyk, a
w indyku ryby i nadzienie, i zapieczone wieńce gotowanych jaj... Kelnerzy nadstawiali talerze i podawali
tego pieczonego wielbłąda, wpierw cesarzowi, a potem następnym. Ukląkłem, cesarz oczyma dał mi znak i
podałem mu tę ich narodowa potrawę, która musiała być wyśmienita, bo wszyscy goście ucichli, i słychać
było tylko cudowny szczęk naszych złotych widelców i noży... A pózniej stało się coś, co jeszcze i nam, i
mnie, i chyba nawet panu oberowi Skowronkowi nigdy się nie przydarzyło. Najpierw pewien radca rządowy,
znany smakosz, był tak zachwycony potrawa, tym wielbłądem, że wstał i zaczął krzyczeć. Krzyczał, a jego
twarz wyrażała najwyższy zachwyt, ale tak mu to smakowało, że nie zadowolił się tym wyczynem i zaczął
się niby gimnastykować, jakby był na zlocie Sokoła czy coś w tym rodzaju, a potem bił się w piersi, po
czym znowu wziął kawałek umoczony w sosie i teraz to danie natchnęło go tak, że nawet czarni kucharze z
koszernymi nożami zastygli, patrząc na cesarza, ale on był chyba do takich scen przyzwyczajony, bo tylko
się uśmiechał, więc czarni kucharze też się uśmiechnęli; uśmiechali się także, kiwając przy tym głowami, ci
naczelnicy zawinięci w cenne materie we wzorki, jakie miała babcia na fartuchach albo na pstrych taftach. A
radca rządowy nie wytrzymał, wybiegł z krzykiem do holu, za chwilę biegiem wrócił, znowu nabił kawałek
na widelec i potem wyciął największy numer, bo pognał krzycząc, wyskoczył przed hotel i tam pokrzykiwał,
tańczył, piał z uciechy i bił się w piersi, potem wbiegł z powrotem, a w jego głosie był śpiew, a w jego
nogach taniec dziękczynny za tak dobrze przyrządzonego wielbłąda, i ni stąd, ni zowąd pokłonił się trzem
kucharzom głęboko, najprzód z rosyjska, w pas, a pózniej aż do samej ziemi. Z kolei drugi łasuch, pewien
[ Pobierz całość w formacie PDF ]