[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Quinna, po czym zaczęła się skradać w kierunku furgonet-
ki, od strony pasażera. Była w połowie drogi, gdy zobaczy-
ła, jak dostawca wyskakuje z ciężarówki i zaczyna uciekać
w kierunku pasa zablokowanego przez robotników.
Do diabła! Quinn rzucił się za nim w pogoń. Dulcy
zrobiła to samo. Nieprawdopodobny upał niemal unie-
możliwiał jej złapanie oddechu i osłabiał każdy mięsień
ciała. Quinn już niemal dosięgał faceta, ją zaś wciąż dzielił
od nich cały rząd samochodów. Nie miała szans, by ich
dogonić. Na Boga, musi zacząć więcej ćwiczyć. Kto by
pomyślał, że jest w tak kiepskiej formie?
Wszyscy troje już wyminęli stojące samochody i zbli-
Nic nie jest w porządku 159
żali się do obszaru prac, pełnego ciężkich maszyn, zdają-
cych się nieustannie drgać w rozprażonym powietrzu. Pot
dosłownie zalewał Dulcy oczy  raz po raz ocierała go
dłonią, nie przerywając jednak biegu. W tym momencie
fałszywy dostawca skręcił ostro i nagle znalazł się tuż
naprzeciwko niej. Dulcy chwyciła go za koszulkę. Trzy-
mała ją z całej siły w garści, trudno jednak powiedzieć, czy
facet to zauważył, bo ani trochę nie zwolnił kroku i teraz
ciągnął ją za sobą.
W tym momencie od tyłu skoczył na niego Quinn.
Dulcy próbowała zabrać rękę, ale ciasno wklinowała się
pomiędzy splątane ciała. I zaraz wszyscy troje zwalili się
na świeżo położony asfalt.
Dulcy nie umiałaby powiedzieć, co w owej chwili
bolało ją najbardziej  nagie kolana zdarte o żwir, kawałki
ciała oblepione gorącą smołą czy ręka, na której wylądo-
wał Quinn.
Quinn błyskawicznie zerwał się na nogi. Dulcy uwol-
niła rękę i przyglądała się, jak zakręcił fałszywym dostaw-
cą, chwytając w obie dłonie T-shirt mężczyzny na wyso-
kości jego szyi. Dulcy tymczasem rozmasowywała bolące
ramię.
 Kim jesteś, do cholery, i gdzie jest Brad?  wycedził
Quinn przez zaciśnięte zęby.
Gorący asfalt parzył Dulcy przez szorty. Niezdarnie
zaczęła więc gramolić się na nogi. Pot na plecach, wcześ-
niej cieknący strużką, teraz już płynął szerokim strumie-
niem.
 Puszczaj, człowieku! Nie mam pojęcia, o czym
mówisz!
 Oczywiście, że masz pojęcie  odparł Quinn.  Ale
ułatwię ci zadanie. Zaczniemy od pierwszego pytania.
Kim ty, do diabła, jesteś?
160 Tori Carrington
 Jak to kim jestem? Dobrze wiesz, kim jestem.
Rozwożę... rozwożę kwiaty.
 yle  zdecydował Quinn, zaciskając materiał wokół
szyi dostawcy.  Spróbuj jeszcze raz.
Mężczyzna zaczął się krztusić.
 Mówię prawdę. Jeżeli nie wierzysz, zajrzyj do
furgonetki.
Dopóki na nią nie spojrzał, Dulcy nie była pewna, czy
Quinn w ogóle zdaje sobie sprawę z jej obecności. Skinął
jej głową i popchnął faceta w stronę samochodu.
 Sprawdz, co tam leży.
Dulcy szybko okrążyła furgonetkę i przez tylną szybę
zajrzała do wnętrza. Tylko jakaś plandeka i kilka narzędzi.
Ruszyła w stronę Quinna, by mu to powiedzieć, i właśnie
w tym momencie dostawca wsunął ręce pomiędzy ramiona
Quinna i szybkim uderzeniem odtrącił je na boki. Quinno-
wi pozostały w dłoniach jedynie strzępy T-shirta. Zanim
zdążył je wyrzucić i ponownie chwycić przeciwnika, dostał
pięścią w splot słoneczny i runął jak długi na ziemię.
 Quinn!  Dulcy rzuciła się w jego stronę, przecinając
drogę dostawcy. Ten wpadł na nią z całym impetem,
wyduszając jej powietrze z płuc, i popędził dalej.
Gdy wpadła pomiędzy samochody, rozległa się kakofo-
nia klaksonów. Dokąd właściwie kierował się ten facet?
Nawet jeżeli zdoła przed nimi uciec, gdzie się podzieje?
Nie licząc bazy wojskowej, zamkniętej dla cywilów,
wokół była tylko pustynia.
Odległość między nimi zaczęła się powiększać. Do-
stawca musiał minąć jeszcze tylko jeden samochód, by
wpaść na otwartą przestrzeń.
 Stać!  wrzasnęła, jakby jej rozkaz miał sprawić, że
facet grzecznie zatrzyma się na środku drogi z rękami
posłusznie uniesionymi nad głowę.
Nic nie jest w porządku 161
W tym momencie pochwyciła wzrokiem spojrzenie
kierowcy z ostatniego samochodu. Dostawca właśnie
znalazł się na jego wysokości, a wówczas kierowca szybko
otworzył drzwi i pochwycił uciekiniera wpół. W tej samej
chwili Quinn przebiegł obok Dulcy i rzucił się na do-
stawcę.
 No dobrze, chyba już najwyższy czas, byśmy poroz-
mawiali w obecności lokalnych stróżów prawa, nie są-
dzisz?
Rozdział jedenasty
 W porządku. Jeżeli chcecie wiedzieć, rzeczywiście
was śledziłem  wyznał w końcu fałszywy dostawca,
siedzący na tylnym siedzeniu w drzwiach radiowozu,
z rękami skutymi kajdankami.
Quinn był po imieniu z każdym policjantem w okolicy.
Znał również imiona ich żon, wszystkich dzieci, a niekie-
dy także psów i kotów. Nic więc dziwnego, że skargi
mężczyzny na brutalne zachowanie Quinna nie spotkały
się z żadnym odzewem ze strony lokalnych stróżów
prawa. Wręcz przeciwnie  dostawca został zaaresz-
towany przez policję stanu Nowy Meksyk przynajmniej
na tyle czasu, ile Quinn będzie potrzebował, by wyciąg-
nąć od niego odpowiedzi na wszystkie istotne pytania.
Jerry Rimmer, świeżo upieczony patrolowy, przeglądał
zawartość portfela dostawcy. Znalazł prawo jazdy wy-
stawione w Kalifornii.
 Michelangelo Tucci.  Spojrzał na odwrotną stronę
dokumentu.  Proszę, proszę, zgodził się zostać dawcą
organów.
Nic nie jest w porządku 163
 Najlepiej, żeby oddał je od razu. Inni są bardziej ich
warci  wtrącił Quinn.
Słysząc to, Dulcy aż się zachłysnęła wodą, którą popijała
z butelki wręczonej jej przez któregoś z robotników.
Jerry pochylił się nad Tuccim; fałszywy dostawca mógł
się teraz bardzo wyraznie przejrzeć w lustrzanych okula-
rach policjanta.
 Czy to pana prawdziwe nazwisko?
Michelangelo przewrócił oczami.
 Myśli pan, że zdołałbym sam wymyślić coś podob-
nego?
Jerry wsunął prawo jazdy z powrotem do portfela, po
czym rzucił Tucciemu portfel na kolana.
 A więc, panie Tucci, może zechce nam pan powie-
dzieć, co pan ma wspólnego ze zniknięciem Brada Whee-
lera?
 Zniknięciem?  Wytrzeszczył oczy. Po pokrytej
czarnym pyłem twarzy spływały mu strugi potu.
 O czym pan, do cholery, opowiada? Wheeler jest mi
winien pieniądze. Na tym koniec.
 Koniec?  Quinn uniósł pytająco brew.
Michelangelo westchnął z irytacją.
 Dobrze wiesz, co mam na myśli.
Dulcy wyskoczyła zza pleców Quinna.
 On kłamie! Czemu Brad miałby w ogóle zadawać się
z takim typem, nie wspominając już o pożyczaniu od
niego pieniędzy?
 Pożyczaniu? A kto tu, do cholery, mówi o jakimkol-
wiek pożyczaniu?  Tucci wzruszył ramionami i spróbo-
wał usadowić się wygodniej na siedzeniu, choć niewąt-
pliwie przeszkadzały mu w tym skute za plecami ręce.
 Klient kilka razy postawił na złego konia. Musi zwrócić,
co winien.
164 Tori Carrington
Quinn spojrzał uważnie na Dulcy, starannie skrywając
przy tym własne myśli. Dulcy za to nie kryła zdumienia.
 To bzdura  odparła.  Brad nie jest hazardzistą.
 Coś takiego! Gadaj zdrowa, kochana, ja od ośmiu lat
robię z Wheelerem interesy. Ale nigdy wcześniej nie
uchylał się od zapłaty.
Quinn skrzyżował ramiona na piersi. Obaj policjanci,
zorientowawszy się, że rozmowa przybiera bardziej pry-
watny obrót, przesunęli się do tyłu i nie przysłuchiwali
już uważnie wymianie zdań.
 O jakiej sumie mowa?  spytał Quinn.
Michelangelo znów wzruszył ramionami. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elpos.htw.pl