[ Pobierz całość w formacie PDF ]
panowie, że go uwolnię od tortury naszego towarzystwa.
Dlaczego nazywa pan to torturą? zdziwił się Willis.
To jasne odpowiedział Paweł niech pan nie zapomina, że każdy uczony uważa odda-
nie owocu swej wiedzy do praktycznego użytku za rodzaj profanacji. Musi go oburzać już
samo to, że mówi o nauce do barbarzyńców, którzy w myśli jego prawdy naukowe taksują
kwotami dolarów, jakie dzięki nim dadzą się osiągnąć.
Argument był aż nadto przekonywujący. Paweł zbliżył się do Ottmana i zręcznie wydzie-
liwszy go z grupy osób zasypujących go pytaniami, odprowadził chemika do sąsiedniej pustej
sali. Tu Ottman bezsilnie opadł na krzesło, po jego czole ściekały grube krople potu.
To było ponad moje siły powtarzał ponad moje siły...
No, widzi pan, wszystko poszło jak najlepiej potrząsnął jego ramieniem Paweł wy-
warł pan świetne wrażenie...
Ottman wybuchnął nerwowym śmiechem:
Zwietne wrażenie!... Ha, ha, świetne wrażenie! Przecie dziecko po samym moim wyglą-
dzie poznałoby, że jestem szarlatanem i oszustem, który nie umie ukryć strachu!... Daruje mi
pan, ale nie mam jeszcze pod tym względem wprawy.
Zaśmiał się szyderczo i komicznie strzepnął palcami.
Paweł zatrzymał go ruchem ręki:
Myli się pan. %7ładnemu z nich ani na jeden moment nie przyszło do głowy, że pan mówi
cokolwiek poza ścisłą prawdą. Po pierwsze każdy z nich miał nieraz do czynienia z oszusta-
mi. Oszuści zaś w niczym nie przypominają zalęknionego podczas egzaminu sztubaka. Prze-
ciwnie. Są bezczelni i raczej grzeszą przesadnym tupetem. Po drugie zaś niech pan wezmie
pod uwagę, jakie miał pan audytorium. Z jednej strony byli tam polscy przemysłowcy i pol-
scy ministrowie, których rozpierała radość patriotyczna, że oto rodak itd., że nowa gałąz
55
wytwórczości przyczyni się do rozwoju rodzimego przemysłu, a z drugiej strony słuchali pana
zagraniczni kauczukowcy, właściciele fabryk przetwórczych, którzy po to tylko tu przyjecha-
li, by szukać ratunku dla swych podupadających interesów, by znalezć korzystną lokatę dla
swych kapitałów. Otóż oni wszyscy razem wzięci chcieli, żeby to, co pan im mówił, było naj-
ściślejszą prawdą! Oni tego pragnęli, a jeżeli ktoś pragnie wierzyć, to nawet byle jakie argu-
menty trafią mu do przekonania. Więcej. Gotów będzie wszystkie bez wyjątku wątpliwości
tłumaczyć na pańską stronę. Nie trzeba być szczególnym znawcą psychiki ludzkiej, panie
Ottman, by to wiedzieć.
Chemik był zbyt oszołomiony przeżyciami dnia, by oponować. Bez protestu też podpisał
referat. Jak było umówione, miał tego wieczoru wyjechać na urlop za granicę. Paweł w ten
sposób chciał uniknąć możliwych indagacyj, jakie po dzisiejszej uroczystości niewątpliwie
czekały Ottmana w kraju.
Wręczając mu dość gruby plik banknotów, powiedział:
Oto pierwsza porcja pańskiej należności, niech pan tylko wszystkiego nie zabiera ze so-
bą, bo jeszcze skusi pana ruleta. I żądam od pana w dalszym ciągu tylko jednego: milczenia.
Zrobię pana bogatym człowiekiem, niech pan jednak pamięta, że jedno nieostrożne słowo
może wszystko w gruzy obalić, a wówczas nie tylko ja, lecz i pan zginie pod tymi gruzami.
Szczęśliwej podróży.
Potrząsnął jego rękę i wrócił do zebranych. Większość z nich zaczęła się już żegnać i za-
bierać do odejścia. Dalsze rzeczy już ich nie dotyczyły. Pozostało tylko kilku przemysłowców
i kapitalistów zagranicznych wraz ze swymi doradcami prawnymi. Ci przeszli na górę do
apartamentów Williama Willisa.
Ponieważ interesy Amerykanina wzywały go do najszybszego wyjazdu, sprawa musiała
być omówiona jeszcze dzisiaj. W punktach zasadniczych jej losy zapadły już dawno na po-
kładzie Corony , warunkowo wprawdzie, lecz teraz, gdy warunkowość przestała istnieć i
kwestia została przesądzona, na tych właśnie punktach umowa miała być oparta.
Paweł Dalcz pokrótce zreferował sprawę, po czym William Willis wypowiedział pogląd,
że najprostszym rozwiązaniem kwestii byłoby powołanie do życia towarzystwa akcyjnego,
które przystąpiłoby do natychmiastowej eksploatacji wynalazku we wszystkich państwach.
Połowę kapitału akcyjnego pokryliby tu obecni, dwadzieścia procent otrzymałby właściciel
patentu, pan Paweł Dalcz, reszta poszłaby na giełdy do wolnej sprzedaży.
To oświadczenie nie wywołało żadnych sprzeciwów, wobec czego przystąpiono do oma-
wiania szczegółów. Sam fakt, że William Willis angażował się olbrzymią kwotą w przedsię-
wzięciu, gwarantował powodzenie na rynku akcyjnym. Zresztą rentowność kauczuku synte-
tycznego w najpesymistyczniejszych obliczeniach była wspaniała. Oczywiście nie mogło być
mowy o konkurencji ze strony producentów kauczuku naturalnego. Z dniem dzisiejszym byli
to ludzie skazani na doszczętną ruinę.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]