[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Torebka poszybowała ponad kontuarem i wylądowała w kuble pełnym
brudnej wody.
Mężczyzni ryknęli śmiechem.
- Sorry, podanie chybione! - Ricky także się roześmiał. Próbował
wgramolić się ponownie na stołek, ale stracił równowagę i upadł prosto na
kelnerkę, niosącą tacę z pustymi szklankami.
Temple poderwała się z miejsca, jednak nie zdążyła uniknąć
katastrofy. Kelnerka zachwiała się, a resztki piwa z przewróconych
szklanek, kawałki cytryny i parasoleczki do ozdoby drinków znalazły się
na ubraniu Temple. Dziewczyna chwyciła serwetkę i próbowała osuszyć
przód jedwabnej bluzki.
- Praca nóg do bani, kwiatuszku! - zarechotał Ricky przy wtórze
zachwyconych wielbicieli.
- Bob, musimy już iść. Opiekunka do dziecka pomyśli, że nas
porwano - powiedziała stanowczym tonem Becky.
Kelner przyniósł Temple ociekającą wodą torebkę.
- Dobrze, kochanie. - Bob puścił oko do Ricky'ego. - Pora się
zbierać. Mamuśka każe.
Mężczyzni zapłacili rachunek i całe towarzystwo opuściło w końcu
restaurację.
- Nie zdążyliśmy pogadać - powiedział Ricky do Temple. Opierając
się ciężko na jej barku, prowadził ją do samochodu. - Wpadnij ze mną
jeszcze na jednego.
128
R S
- Przykro mi, jutro z samego rana mam lot.
- Doskonały pomysł - w tym samym momencie poparła Ricky'ego
Becky. - Nie mieliście okazji lepiej się poznać.
Temple obrzuciła przyjaciółkę morderczym spojrzeniem, ale Ricky
zdążył już zawołać taksówkę.
- Czy mógłbyś odwiezć mnie do domu? - spytała, kiedy otwierał
przed nią drzwi auta.
- Jasne. Wypijemy po jednym i wracasz.
- Mam mokre ubranie. W takim stanie nie mogę...
- W jakim stanie? Zlicznie wyglądasz. A zresztą, kto tam cię będzie
oglądał. O tej porze bar pusty.
Ricky podał taksówkarzowi nazwę jakiejś nie znanej Temple ulicy i
ruszyli.
Zciany niewielkiego koktajlbaru pokryte były autografami piłkarzy.
Ricky skinął na barmana. Dochodziła pierwsza w nocy, ale lokal pełen był
eks-piłkarzy oraz ich żon lub dziewczyn.
- Co byś chciała? - spytał Ricky, prześlizgując się wzrokiem po
tłumie.
Zniknąć stąd jak najprędzej, pomyślała Temple.
- Dziękuję, już nic.
- Szkocką dla mnie - oznajmił Ricky na widok zbliżającej się
kelnereczki w skąpych szortach i pantoflach na dziesięciocentymetrowych
obcasach.
- Jasne, kochany - mizdrzyła się dziewczyna.
- Ricky! - zawołał jakiś zwalisty, muskularny mężczyzna, torując
sobie drogę do ich stolika.
- Buck!
129
R S
Obaj panowie trącili się barkami na powitanie, przy okazji niemal
przewracając mały stolik. Przed upadkiem uchronił go refleks Temple,
która zaciskając zęby, przytrzymała stoliczek za blat.
Mężczyzni zajęli się rozmową, kelner przyniósł zamówione drinki.
Ricky szybko wychylił swoją szklankę i poprosił o następną. Po chwili
dołączył do nich jeszcze jeden kumpel. Teraz już trzech wielkoludów
tłoczyło się przy stoliku.
- Chłopaki, to jest... kwiatuszek. - Ricky zachwiał się nieco na
krześle. - Stewardesa... jakichś ptasich linii.
- Witaj, kwiatuszku! - zawołali dwaj byli piłkarze.
Chwilę pózniej Temple zerknęła na zegarek. Ricky od dwudziestu
minut snuł wspomnienia ze starymi przyjaciółmi z boiska. Wystarczy,
uznała.
- Ricky! - spróbowała zwrócić na siebie jego uwagę.
- O co chodzi? - spytał przez ramię.
- Jest pózno. Rano mam lot...
- Dobra, poczekaj.
- Słuchaj, muszę już...
- Rozmawiam z przyjaciółmi!
Ricky stanowczo zbyt dużo już wypił i zaczynał być niegrzeczny. W
jego mniemaniu Temple przeszkadzała mu w miłym spędzaniu czasu.
- W porządku. Zawołam taksówkę i... Rozmowa przy stoliku ucichła.
- Wypiję jednego i idziemy - powiedział głośno, by przekrzyczeć ryk
grającej szafy, i potoczył po sali nieco mętnym wzrokiem.
- Chcę iść stąd natychmiast!
- Wstrzymaj się, kwiatuszku. Barman, jednego na drogę!
130
R S
Temple zrozumiała, że dalsza rozmowa może jedynie sprowokować
niepotrzebną scenę. Wstała i ostrożnie ruszyła ku wyjściu. Podpici
mężczyzni nawet nie zauważyli jej odejścia. Stojąc w drzwiach baru
zobaczyła, jak Ricky wchodzi na stolik i bije się po piersiach w takt
wrzasku mechanicznej muzyki.
Sama jesteś sobie winna, skarciła się w duchu. Znowu nie zaufałaś
intuicji. Podbiegła do najbliższego całodobowego sklepu.
- Gdzie jest jakiś telefon? - spytała sprzedawcę.
Popatrzył uważnie na jej pochlapaną bluzkę i wskazał dłonią w
stronę rogu ulicy.
Zawołam taksówkę, każę się odwiezć do domu i natychmiast
zapomnę o całym incydencie, postanowiła. Kiedy jednak otworzyła
torebkę, mina jej zrzedła. Pieniądze zostawiła w domu. Wzięła jedynie
trochę drobnych, które w razie nagłej potrzeby miały jej wystarczyć na
telefon.
Z rezygnacją wrzuciła monetę do automatu, podniosła słuchawkę i
nakręciła numer...
Po trzecim dzwonku odezwał się zaspany głos.
- Stevens.
- Craig, to ja, Temple.
- Ty? Co się stało? - Craig natychmiast zmienił ton. Zacisnęła
[ Pobierz całość w formacie PDF ]