[ Pobierz całość w formacie PDF ]

W dni i noce, które nastąpiły po incydencie na Czerwonej Górze, pra-
cowała jak automat. Wykonywała to, co do niej należało, a ze Steve'em
porozumiewała się wyłącznie w sprawach służbowych.
Tylko raz próbował wszcząć rozmowę na drażliwy temat. Powiedział,
że chciał się upewnić, czy naprawdę zrozumiała, iż w stosunku do niej
nie kierują nim żadne ukryte motywy.
Zapewniła go, że mu wierzy. I że o wszystkim zdążyła już dawno za-
pomnieć.
Mimo to jednak napięcie między nimi było ogromne. Liz zaczynała
pojmować, dlaczego zniechęca się pracujących wspólnie funkcjonariu-
szy policji do nawiązywania bliższych stosunków. Będąc razem na
służbie, powinni skupiać całą uwagę na wykonywanym zadaniu.
Liz przyszło nawet do głowy, czy nie powinna poprosić o przeniesienie.
Po chwili zastanowienia uznała jednak ten pomysł za zły. Nie chciała,
aby mówiono, iż razem pracuje się im zle. Nie byłoby to korzystne ani
dla niej, ani dla Steve'a.
Dopiero niedawno została wywiadowcą i miała niewielkie uprawnienia.
Formalnie rzecz biorąc, był to dla niej jeszcze okres próbny. Za większe
przewinienie mogła być na-
S
R
tychmiast zdegradowana i odesłana z powrotem do służby patrolowej.
Nie było więc innego wyjścia, jak tylko robić dobrą minę do złej gry.
Stojąc nad kuchennym zlewem, przygotowywała sałatę. O jej nogi ocie-
rał się Tom. Pomrukiwał leniwie.
Liz nudziła się, podobnie jak kot. Jak w każdy wieczór wolny od służ-
by. Na szczęście takie wieczory były rzadkością. Wywiadowcy musieli
być gotowi na wezwanie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Liz niemal łaknęła ciągłego zajęcia. Przebywania u boku człowieka,
którego brak w pobliżu wywoływał uczucie tęsknoty i potęgował sa-
motność.
Zadzwonił telefon. Liz poczuła nagłe podniecenie, lecz zaraz potem
uprzytomniła sobie, że gdyby było to wezwanie do pracy, odezwałby
się pager.
Wytarła dłonie w papierowy ręcznik i podniosła słuchawkę. Usłyszała
radosny głos ojca:
- Jak czuje się moja dziewczynka? - zapytał. - Czy nazywają cię już
Brudną Liz?
Jęknęła. Zastanawiała się, czy ludzie kiedykolwiek porównywali wy-
wiadowców do kogoś innego niż tylko do Clinta Eastwooda w jego
słynnej roli w filmie o Brudnym Harrym.
- Nie, tatku. Mam nadzieję, że jeszcze nie. Harry zabijał ludzi na prawo
i lewo. A ja się modlę, żebym nigdy nie musiała tego zrobić.
- Tylko żartowałem - powiedział i roześmiał się.
Liz wiedziała jednak, że ojciec mówi serio. Był twardym, piekielnie
upartym i dociekliwym policjantem. Na służbie nie było z nim żartów.
Liz pamiętała, że kiedyś kogoś zabił. Okazał wyrzuty sumienia z powo-
du swego czynu, ale całe wydarzenie nie pozostawiło w nim żadnej
psychicznej skazy.
S
R
- Jak ci idzie? - zapytał.
- Dobrze - zapewniła ojca.
- Miałaś ostatnio coś ciekawego?
Opowiedziała pokrótce o obławie w pobliżu Czerwonej Góry. Ojciec
oświadczył, że jest z niej dumny.
- Pracujesz głową, a nie nogami - pochwalił ją. - Zastanawiałem się, czy
ten wasz nowy wywiadowca, który przyjechał z Los Angeles, nie pró-
buje usuwać cię w cień i sobie samemu przypisywać wszystkie zasługi.
Było do przewidzenia, że za partnera będziesz miała mężczyznę, ale
zaniepokoiłem się, usłyszawszy, że facet jest z Kalifornii. Oni mają tam
o sobie wysokie mniemanie. A nas uważają za wieśniaków.
- Tatku, nie masz racji. - Liz roześmiała się lekko. - Nie dowierzasz
nikomu, kto nie pochodzi z południowych stanów.
- Chyba masz rację - przyznał. - Ale nie chcę, żebyś pozwalała sobą
pomiatać. Właśnie z tego powodu chciałem, słonko, żebyś pracowała w
policji w Montgomery. Nie pozwoliłbym nikomu zle cię traktować.
- Właśnie dlatego wyjechałam z Montgomery. Chciałam być samo-
dzielna i nie traktowana szczególnie jako ukochana córeczka sierżanta
Billa Caseya.
- Byłbym z ciebie dumny. Nadal jestem i dobrze o tym wiesz.
Tematem dalszej rozmowy było zbliżające się Zwięto Dziękczynienia.
Liz nie mogła obiecać, że spędzi je z rodzicami, mimo że do Montgo-
mery była tylko godzina jazdy samochodem. Ojciec rozumiał córkę. Do
ostatniej chwili nie będzie wiedziała, czy uda się jej przyjechać. Taką
miała pracę.
Usłyszała brzęczyk telefonu. Ktoś usiłował do niej się dodzwonić. Mu-
siała kończyć rozmowę z ojcem.
S
R
- Przepraszam, tatku. Dzwoni drugi telefon. Pewnie z posterunku.
- Przyjedziesz do nas, kiedy będziesz mogła. Bardzo za tobą tęsknimy. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elpos.htw.pl