[ Pobierz całość w formacie PDF ]
giem. Niczego pan nie wskóra na siłę.
Złote oprawki błysnęły. Był zły.
Nie jestem pani wrogiem, choć wiem, że ma pani Malach Ha-Mavet.
Zatrzepotała rzęsami.
Gdzie? Przeszukano mój pokój bardzo dokładnie. Zrobiono mi osobistą rewizję.
Niech pan da spokój. Nie jestem idiotką!
Westchnął, przełykając kęs.
Profesor Tschudi dawno to stwierdził.
A Lieselotte? Jego żona?
Zdziwił się. Wyglądało na to, że niewiele wie o Kellerach. Może nie wszystko, co od-
krył Tom, zostało przekazane pozostałej szóstce.
Co ma do tego Frau Tschudi?
Tylko tyle, że śledziła mnie aż do Polski.
Podano glinianą misę z wysokim stożkiem. Zapach ryżu i szafranu rozszedł się, po-
wodując u obojga wydzielanie trawiennych soków.
Dobrze. Nie wiem o wszystkim. Każdy tu coś ukrywa...
Coś? To coś ma wartość siedemnastu milionów dolarów! Czy wiozłabym tutaj
diament, gdybym go miała? Po co? Każdy zdrowo myślący człowiek byłby już w Sothe-
by s lub Christie! Tam sÄ… aukcje na diamenty!
96
Prawie rzucił się na jedzenie.
Agatha Christie... jutro lecimy na pustynię. Wszystko załatwione.
Zdziwiła się.
Bezpośrednio? W kopercie, którą wręczono mi na lotnisku, jest inny plan. Lot do
Adenu lub Dahrajnu.
Napychał sobie usta lepkim od sosu ryżem. Skrzydełko kurczaka trzaskało w zębach.
Wyglądał jak wygłodzony ludożerca.
Nie przełknął, popiwszy wodą mineralną lecimy małą Cessną wprost do sta-
nowiska wykopaliskowego. Wzdłuż Morza Czerwonego. Potem skręcimy na wschód.
Na pustynnoskalisty teren, gdzie schodzą się: Arabia Petrea i Arabia Felix. To dokładnie
skraj Ar-Rab al-Chali... Pustyni Zmierci.
Nie zestrzelą nas? Takie rzeczy się zdarzają w Arabii Szczęśliwej.
Jest pewne ryzyko. Są tam wojskowe bazy Amerykanów. I nie tylko. Ale mamy
wszelkie potrzebne zgody. Pilot Cessny to Anglik. W kabinie będzie jeszcze z nami
Arab. Podobno z Dowództwa Sił Powietrznych króla Sauda. Nie znam go. Musiałem się
zgodzić...
Skinęła głową. Była pewna, że ów Arab ma specjalne zadanie: szpiegować ich wszyst-
kich. I będzie miał oczy i uszy na łożyskach kulkowych. A w rękawie ostry sztylet.
I użyje go w imię Allacha.
Tej nocy spała spokojnie, choć we śnie zjawiła się postać w brązowym habicie. Miała
puste oczodoły i czaszkę pokrytą brązową, cienką jak pergamin skórą. I kępkę czar-
nych włosów przylepionych nad prawym łukiem brwiowym. Nieco przypominała
twarz mumii Setiego Pierwszego, gdy ją po wiekach odwinięto z bandaży. Nie ruszała
się. Jakby płynęła między leniwie obracającymi się skrzydłami klimatyzatora w metalo-
wej obudowie a brzegiem tapczanu. O czwartej nad ranem zniknęła. Wtedy właśnie nad
Pustynią Zmierci wschodzi słońce.
Agata pospiesznie spakowała torbę. Do pakamery dostała się bez problemu. Młodej
pokojówki nie spotkała. Kula spokojnie leżała na dnie pudła. Włożyła ją do kieszeni
w spódnicy-spodniach, zapięła agra4àÄ… i wyszÅ‚a przed hotel. StaÅ‚ tam maÅ‚y mikrobu-
sik z dwoma Arabami w białych galabiach i zawojach na głowach. Obaj byli brodaci, ze
wzrokiem ukrytym za szkłami czarnych, słonecznych okularów. Wyglądali tak, jakby
pomiędzy połami śnieżnych tkanin ukrywali po kilka szybkostrzelnych izraelskich pi-
stoletów maszynowych typu Uzi.
Gdzie mister Burrows? spytała.
Nie odpowiedzieli.
Agata kątem oka spojrzała w głąb hotelowego holu. Jacyś ludzie w białych kitlach,
wyglądający na służbę medyczną, wynosili nosze, a na nich coś przykrytego prześciera-
dłem. Nowy trup? pomyślała i ciarki przeszły jej po grzbiecie. Michael? Trzecia ofiara
królowej Bilqis?
97
Zdenerwowana nie pytała już o nic. Tak było bezpieczniej. W każdym razie w tym
kraju, gdzie życie ludzkie nie przedstawia wartości.
Jeden z Arabów delikatnie popchnął ją do mikrobusu. Nie mogła się opierać. Nie
miałoby to sensu. Przykryte prześcieradłem ciało znikało właśnie w drzwiach sanitarki.
Człowiek był, człowieka nie ma. In sz Allach.
Jechali długo przez zatłoczone ulice Kairu. Potem skręcili na drogę prowadzącą ku
oazie Fajum. Mijając posterunki wojskowe, kierowca podawał jakiś papier. %7łołnierze
salutowali z szacunkiem, nie proszÄ…c nawet o papierosy lub butelkÄ™ coca-coli, co jest
w zwyczaju.
Małe lotnisko, a jakże, wojskowe, ukryte pomiędzy burymi namiotami i obstawione
starymi beczkami po paliwie, zapewne należało do egipskich służb tajnych. Kręciło się
tu kilku oficerów i żołnierzy noszących zwoje kabli. Na suchym, żółtoburym piasku
stała wypucowana Cessna ze znakami brytyjskimi. Pilot, w cywilnej czarnej kurtce, wy-
glądał, jakby właśnie wyszedł z pubu. Mimo temperatury bliskiej trzydziestu stopniom
nie miał na okrągłej twarzy ani kropli potu.
Agata pozazdrościła mu. Choć rano wzięła prysznic, teraz już czuła się wymięta
i spocona.
Zakutany w galabię Arab wsiadł od razu na tylne siedzenie czteroosobowej maszy-
ny, zakrył rękawem twarz i zasnął. Przynajmniej takie robił wrażenie. Agata próbowała
nie myśleć o obciążonej kieszeni. Starała się jedynie, żeby o coś niechcący nie uderzyć
szkłem. Nie wiedziała, jak jest grube i wytrzymałe. Fotele były całkiem wygodne, choć
dolny pas bezpieczeństwa przechodził niebezpiecznie blisko obciążonej kieszeni.
Wystartowali z rykiem, skoro tylko egipski oficer, stojący na końcu pasa ubitego
z piasku, dał znak chorągiewką. Ani wieży kontrolnej, ani naziemnej obsługi. Egipt jaki
jest, każdy widzi.
Maszyna wychodziła na dogodny pułap, hałasując silnikiem. Nikt nie rozmawiał, bo
też nikt niczego nie słyszał. Agata odetchnęła, kiedy włączyło się chłodzenie. Przestała
się pocić i przymknęła oczy. Słońce mieli z lewej strony, w dole szaro-żółtą powierzch-
nię od czasu do czasu znaczoną kępami palm daktylowych. %7łółta pustka. Potem wysko-
czył szary pas Morza Czerwonego. I znów równina, załomy skał i bezkresna pustynia.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]