[ Pobierz całość w formacie PDF ]

kombinacjÄ™ szafirów, diamentów i rubinów. Oba pier­
ścienie boleśnie wbijały się w dłoń Savanny.
- Moja droga, to tutejsze powietrze, na pewno. Jony
ujemne czy może dodatnie... Nigdy nie mogÄ™ tego za­
pamiętać.
Na moment okrągła, mocno upudrowana i uróżowa-
na twarz przybrała zakłopotany wyraz, ale szybko się
wypogodziła.
- A, zresztÄ…, czyż to nie wszystko jedno? Najważ­
niejsze, że czuję się cudownie, a wszystko to dlatego,
że nareszcie mogÄ™ znów rozkoszować siÄ™ sÅ‚oÅ„cem i czy­
stym powietrzem. Sama nie wiem, czemu do tej pory
sobie tu czegoÅ› nie kupiÅ‚am - zwierzyÅ‚a siÄ™, wypusz­
czając z uścisku obolałą dłoń Savanny. - Nigdzie nie
czuję się taka szczęśliwa jak w Boheme.
- I dlatego mamy nadzieję, że nigdy tu pani czegoś
własnego nie kupi. - W tym upale kosztowne futro pani
Bouvier gubiło włosy i kilka z nich podrażniło nos Sa-
vanny. ProwadzÄ…c goÅ›cia do windy, z trudem powstrzy­
mywaÅ‚a siÄ™ od kichniÄ™cia. ZastanawiaÅ‚a siÄ™, jak zare­
agowaliby jej rodzice na ten budzÄ…cy ich odrazÄ™ przy­
odziewek. - To dla nas ogromne szczęście, że możemy
panią u nas gościć.
- Słodka z ciebie kłamczucha - zaśmiała się Emily
Bouvier. - Ale masz racjÄ™. UmarÅ‚abym z nudów, gdy­
byście wszyscy tak nade mną nie skakali.
- Pani apartament czeka - powiedziała Savanna. -
Masażystę zamówiliśmy na trzecią, potem proponuję
spÄ™dzenie godzinki w fitness klubie. O czwartej przyje­
dzie z Miami weterynarz, żeby obciąć pazurki Kleo­
patrze.
- Cudownie, moja droga, pomyÅ›leliÅ›cie o wszy­
stkim. Nic dziwnego, że wciąż do was wracam.
- Witam panią! - Przez hol biegł ku nim szeroko
uÅ›miechniÄ™ty Greg Walker. - Witam serdecznie! Wy­
glÄ…da pani zachwycajÄ…co jak zawsze.
Emily Bouvier w obecności mężczyzny natychmiast
zapomniała o Savannie.
- Gregory, najdroższy! Przy tobie czuję się jak mała
dziewczynka!
Savanna nie bez ulgi przekazaÅ‚a goÅ›cia szefowi. Po­
zwalając Gregowi eskortować panią Bouvier do windy,
poczuła się o kilkadziesiąt kilogramów lżejsza.
- Przyjedzie facet z Miami, który obetnie kotu pa­
zurki? - mruknÄ…Å‚ za jej plecami jakiÅ› peÅ‚en niedowie­
rzania głos. - Kim, do cholery, jest ta kobieta?
Nawet się nie odwracając, Savanna rozpoznała ten
głos. Jej serce zaczęło szybciej bić, choć głos pozostał
spokojny i profesjonalny.
- Pani Emily Bouvier, jedna z dziesiÄ™ciu najbogat­
szych kobiet świata - odparła.
A także, pomyślała, lecz nie powiedziała na głos, jedno
Z najwiÄ™kszych wyzwaÅ„ dla ochrony każdego hotelu. Na­
wet przed tą serią włamań z przerażeniem patrzyła, jak
pani Bouvier rzuca byle gdzie gotówkę i biżuterię.
- I, oczywiście, zrobimy wszystko, by dobrze się
u nas czuła - dodała swobodnie.
- Nie wątpię. Widziałaś te pierścienie na jej palcach?
- WszyscyÅ›my je widzieli, Cassidy - wtrÄ…ciÅ‚ siÄ™ in­
spektor Jenkins, a w jego gÅ‚osie zabrzmiaÅ‚a ostrzegaw­
cza nuta.
Cassidy spojrzał na niego z rozbawieniem.
- Don, przyjacielu, chyba się nie mylę? Słyszałem
w twym głosie podejrzliwość?
- Mylisz się, przyjacielu. - Choć Jenkins mówił to
z uśmiechem, ostatniemu słowu nadał szczególne
brzmienie. - Po prostu uważam, że dobremu stróżowi
prawa czasami wystarczy, by daÅ‚ przestÄ™pcy do zrozu­
mienia, że jest obserwowany. I w ten sposób zapobiega
ewentualnemu przestępstwu. Ale jestem pewien, że i ty
o tym wiesz, prawda?
PrzypominajÄ…c sobie niedawnÄ… rozmowÄ™ z Jenkin-
sem, Savanna nie uznała tej wymiany zdań za zabawną.
- Kochaneńka - zawołała już windy pani Bouvier,
- wpadnij do mnie po południu, to powróżę ci z dłoni!
Niedawno odkryłam, że mam taki dar!
Savanna uÅ›miechnęła siÄ™ i pomachaÅ‚a jej rÄ™kÄ…. Od­
prężyła się dopiero wówczas, kiedy winda ruszyła na
górę.
- Jest wróżką? - zdziwił się Cassidy.
- Zawsze interesowaÅ‚a siÄ™ przepowiadaniem przy­
szłości, polowaniem na duchy i tego rodzaju bzdurami
- odparÅ‚a z roztargnieniem Savanna. Jej uwagÄ™ przyciÄ…­
gała góra bagażu i kręcąca się wokół niej służba.
- Widzę, że macie wszystko pod kontrolą, więc będę
się zmywał - oznajmił wesoło Jenkins.
Savanna obrzuciła go ponurym spojrzeniem, ale on
tylko siÄ™ uÅ›miechnÄ…Å‚ i obojÄ™tnie mijajÄ…c spiÄ™trzony ba­
gaż, ruszył ku drzwiom.
- Nie ufam tej kobiecie.
- Ciekawe, jak to jest być tak bogatym, by zostawić
górę futer, biżuterii i strojów na środku jakiegoś hotelu
i pójść sobie, nawet na to nie spojrzawszy? A na doda­
tek jeszcze te kufry. Tam to dopiero muszą być skarby!
- Pewnie jeszcze więcej biżuterii i strojów - odparł
Cassidy, potem, ku zdziwieniu Savanny, wyjÄ…Å‚ z kiesze­
ni maleńką krótkofalówkę. - Stan, dopóki nie zrobimy
tu w holu porzÄ…dku, przyÅ›lij nam jeszcze jednego czÅ‚o­
wieka. Mamy tu bagaż równy rocznemu dochodowi
sporego państwa, a recepcjonistka jest bardzo zajęta. Za
piętnaście minut spotkamy się w apartamencie pani
Bouvier.
Dopiero teraz Savanna zauważyÅ‚a, że dwaj snujÄ…­
cy siÄ™ po holu mężczyzni należą do personelu ochro­
ny i że wcale się nie snują, lecz mają oko na to, co się
dzieje.
- Widzę, że wszystko kontrolujesz, co? - zwróciła
siÄ™ do Cassidy'ego.
Ten uciszył ją gestem ręki i zmienił kanał.
- Czas to pieniÄ…dz, panie Silver - szepnÄ…Å‚ do krót­
kofalówki. W drugim końcu holu kiwnięciem głowy
odpowiedziaÅ‚ mu szef bagażowych. Roger Silver. Pra­
wie natychmiast przy walizkach zjawiÅ‚o siÄ™ trzech bo­
jów, którzy zaczęli ładować je do wind.
- Wyglądasz na zdziwioną - zwrócił się Cassidy do
Savanny.
Savanna westchnęła głęboko i pokręciła głową.
- Nic, co robisz, nie jest w stanie mnie zdziwić.
Zaczynam wierzyć, że jesteś najbardziej zaskakującym
i nieprzewidywalnym mężczyzną, jakiego spotkałam.
- WiÄ™kszość mężczyzn potraktowaÅ‚aby to jako kom­
plement. Czemu więc ja nie mogę w to uwierzyć?
Savanna chciała mu odpowiedzieć, ale zrozumiała,
że w tej potyczce nie ma szans.
- Może lepiej będzie, jeśli każde z nas zajmie się
swoimi obowiązkami, co? - powiedziała zamiast tego.
- Tak rozsÄ…dnej uwagi jeszcze z twoich ust nie sÅ‚y­
szałem - odparł C.J.
Już miała odchodzić, ale to ją powstrzymało.
- Co masz na myśli?
- To chyba aż nadto jasne.
Cassidy wsunÄ…Å‚ krótkofalówkÄ™ do kieszeni i obser­
wował, jak z holu znika reszta bagażu pani Bouvier.
Savanna nie mogła nie zauważyć, że dokonywało się to
w iście ekspresowym tempie.
- Mam nadzieję, że nie sugerujesz, iż w stosunku do
ciebie zachowuję się nieprofesjonalnie - powiedziała
cicho.
- Ależ owszem. I to od pierwszej chwili. Knułaś, by
mnie zwolniono, kazałaś, by przyjrzała mi się policja,
próbowałaś nastawić przeciwko mnie personel, nie
chciałaś ze mną współpracować i robiłaś wszystko, co
w twojej mocy, by utrudnić mi robotÄ™. I to tylko dla­
tego, że ci siÄ™ podobam i nie umiesz sobie z tym pora­
dzić. Ja nazwaÅ‚bym to zachowaniem nieprofesjonal­
nym, a ty?
Savanna aż otworzyÅ‚a usta - ze zdziwienia i ze zÅ‚o­ [ Pobierz caÅ‚ość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elpos.htw.pl