[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Wyciągnęła dłoń i lekko dotknęła jego policzka. Potem odwróciła się i odeszła.
Ona ma rację. Wiesz o tym? zapytał głos w jego umyśle.
Ty się do tego nie wtrącaj, odparł Garion.
W dniach, które nadeszły, jak potrafił, starał się unikać cioci Pol. Nie mógł jednak
uciec przed jej spojrzeniem. Gdziekolwiek się znalazł na wąskim okręcie, wiedział, że
obserwuje go spokojnym, zamyślonym wzrokiem.
Wreszcie, trzeciego dnia na pokładzie, z uwagą przyjrzała się jego twarzy, jakby
spostrzegła coś po raz pierwszy.
 Garionie  powiedziała.  Zaczynasz być zarośnięty. Czemu się nie ogolisz?
Garion zarumienił się wściekle i dotknął palcami brody. Rzeczywiście, był tam
zarost: puszysty, miękki, raczej meszek niż szczecina, ale zarost bez wątpienia.
 Osiągasz wiek męski, młody Garionie  stwierdził z aprobatą Mandorallen.
 Nie warto się spieszyć z decyzją, Polgaro.  Barak pogładził swą bujną brodę.
 Niech te włoski jeszcze trochę urosną. Jeśli nie będą udane, zawsze potem można
je zgolić.
 Twoja neutralność w tej kwestii jest mocno podejrzana, Baraku  zauważył
Hettar.  Większość Chereków nosi chyba brody?
172
 Nigdy brzytwa nie dotknęła mojej twarzy  przyznał Barak.  Ale w tym
przypadku uważam, że nie ma się do czego spieszyć. Bardzo trudno jest przyczepić
włosy z powrotem, jeśli Garion zdecyduje, że jednak wolałby je zachować.
 Uważam, że są zabawne  oceniła Ce Nedra. Zanim Garion zdążył ją powstrzy-
mać, wyciągnęła rękę i dwoma małymi paluszkami pociągnęła za miękki puszek na
jego brodzie. Skrzywił się i zarumienił znowu.
 Zcinamy je  zdecydowała ciocia Pol.
Durnik bez słowa zszedł pod pokład. Kiedy wrócił, niósł miskę, kawałek brązowe-
go mydła, ręcznik i odłamek lustra.
 To wcale nie jest trudne, Garionie  powiedział, kładąc to wszystko na stole
przed młodym człowiekiem. Potem z pochewki u pasa wyjął starannie złożoną brzy-
twę.  Musisz tylko uważać, żeby się nie zaciąć. Nie spieszyć się: oto cały sekret.
 Bądz szczególnie ostrożny w pobliżu nosa  dodał Hettar.  Mężczyzna bez
nosa wygląda dziwacznie.
Golenie przebiegało przy akompaniamencie wielu dobrych rad i ogólnie rzecz bio-
rąc udało się całkiem dobrze. Większość ranek przestała krwawić już po kilku minutach
i jeśli nie liczyć faktu, że czuł się, jakby ktoś obrał mu policzki ze skóry, Garion był
usatysfakcjonowany rezultatem.
 O wiele lepiej  oceniła ciocia Pol.
 Na pewno teraz przeziębi sobie twarz  prorokował Barak.
 Dasz już spokój?  zapytała groznie.
Za lewą burtą przesuwał się brzeg Nyissy: mur splątanych gałęzi z girlandami pną-
czy i długimi frędzlami mchów. Czasami wiatr się zmieniał i do statku docierał ohydny
fetor bagien. Garion i Ce Nedra stali razem na dziobie, obserwując dżunglę.
 Co to jest?  chłopiec wskazał jakieś duże zwierzęta z nogami, pełzające na
błotnistym brzegu w pobliżu ujścia strumienia.
 Krokodyle  wyjaśniła Ce Nedra.
 A co to jest krokodyl?
 Wielka jaszczurka.
 Czy są niebezpieczne?
 Bardzo. Pożerają ludzi. Nigdy o nich nie czytałeś?
 Nie umiem czytać  wyznał bez zastanowienia Garion.
 Co?
 Nie umiem czytać  powtórzył chłopiec.  Nikt mnie nigdy nie nauczył.
 To śmieszne!
 Nie moja wina  odparł zaczepnie.
Spojrzała na niego w zamyśleniu. Od spotkania z Chamdarem sprawiała wrażenie
niemal zalęknionej, a jej zakłopotanie wzmagał jeszcze fakt, że  ogólnie rzecz biorąc
 do tej pory nie traktowała go najlepiej. Początkowe założenie, że Garion jest tylko
służącym, decydująco wpłynęło na ich pózniejsze stosunki. Była jednak zbyt dumna,
by przyznać się do błędu. Chłopiec słyszał niemal, jak w jej głowie kręcą się małe
kółeczka.
 Może byś chciał, żebym cię nauczyła?  zaproponowała. Nie mógł chyba ocze-
kiwać wyrazniejszych przeprosin.
 Długo to potrwa?
 Zależy, jaki jesteś bystry.
 A kiedy moglibyśmy zacząć?
Zmarszczyła brwi.
 Mam tu kilka książek, ale potrzebne jest coś, na czym można pisać.
173
 Nie wiem, czy muszę umieć pisać  odpowiedział.  Na razie wystarczy mi
czytanie.
 To jest to samo, głuptasie  roześmiała się.
 Nie wiedziałem.  Garion zarumienił się lekko.  Myślałem. . .  Przez mo-
ment zmagał się z tą ideą.  Właściwie chyba wcale o tym nie myślałem  dokończył
niepewnie.  Czego potrzeba do pisania?
 Najlepszy jest pergamin i kawałek węgla drzewnego. Wtedy można zmazać
litery i pisać na nowo.
 Porozmawiam z Durnikiem  postanowił.  On na pewno coś wymyśli.
Durnik zaproponował płótno żaglowe i zwęglony patyk. Nim minęła godzina, Ga-
rion i Ce Nedra siedzieli w osłoniętym kąciku na dziobie i pochylali głowy nad kwa-
dratem płótna przybitego do deski. Garion dostrzegł stojącą niedaleko ciocię Pol. Ob-
serwowała ich z zagadkowym wyrazem twarzy. Natychmiast znowu spuścił wzrok,
powracając do dziwnie przyciągających uwagę znaków na płótnie.
Kontynuowali naukę przez kilka dni. Palce Gariona były naturalnie zwinne, wiec
szybko opanował sztukę kreślenia liter.
 Nie, nie  stwierdziła pewnego popołudnia Ce Nedra.  yle to napisałeś. Uży-
łeś nieprawidłowych liter. Masz na imię Garion, nie Belgarion.
Z nagłym dreszczem spojrzał na kwadrat płótna. Imię było wypisane całkiem wy-
raznie:  Belgarion .
Podniósł głowę. Ciocia Pol stała na swoim zwykłym miejscu i obserwowała go jak
zawsze.
Nie wtrącaj się do mojego umysłu, pomyślał gniewnie.
Ucz się pilnie, skarbie, zachęcił jej głos. Każda nauka jest pożyteczna, a ty jeszcze
dużo musisz się nauczyć. Im szybciej się do tego przyzwyczaisz, tym lepiej. Potem
uśmiechnęła się i odeszła.
Następnego dnia okręt Greldika dotarł do ujścia Rzeki Węża. Marynarze zrzucili
żagiel i wysunęli wiosła, szykując się do długiego rejsu pod prąd, do Sthiss Tor.
Rozdział 24
Nie było czym oddychać. Zupełnie jakby cały świat zmienił się w ogromną cuchną-
cą kałużę stęchłej wody. Rzeka Węża miała setkę ujść, a każda odnoga pełzła w ślima-
czym tempie przez szlam wybrzeża, jakby chciała odwlec moment złączenia z niesfor-
nymi falami morza. Trzciny rosnące w tym gigantycznym bagnie sięgały dwudziestu
stóp wysokości i były gęste jak nici tkaniny. Do uszu dobiegał kuszący szum wiatru
muskającego czubki trzcin, lecz w dole zaginęła nawet myśl i pamięć o bryzie. Nie
było czym oddychać. Region ujścia parował i cuchnął w słońcu, które nie paliło, lecz
gotowało. Każdy oddech był w połowie wodą. Owady zrywały się chmurami i z bez-
myślną żarłocznością atakowały każdy cal odsłoniętej skóry; kąsały i ssały krew.
Półtora dnia płynęli wśród trzcin, nim dotarli do pierwszych drzew, niskich jeszcze,
niewiele większych od krzewów. Gdy posuwali się wciąż dalej w głąb Nyissy, główne
koryto rzeki zaczęło nabierać kształtu. Marynarze ociekali potem i przeklinali przy
wiosłach, a okręt sunął wolno pod prąd, jak gdyby zmagał się z falą gęstego oleju,
który lgnie do kadłuba niby obrzydliwy klej. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elpos.htw.pl