[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Przeciwnie - zaprzecza Paulina. - Ciekawa jestem, co pan zrobi z ucieczką przez las. I proszę,
niech pan nie rezygnuje z wilkołaków.
Odkłada słuchawkę i wygląda przez okno. Teresa stoi na ścieżce przed domem, zabawiając Luke'a,
który drepce od jednego do drugiego przedmiotu, jaki go akurat interesuje: kałuża, kępka trawy, porosty na
słupku ogrodzenia. Pszenica nie jest już ciemnozielona, ale jasna, kłosy zaczynają się chylić i nabrzmie-
wać. Rok posuwa się naprzód. Kończy się falujący okres wzrostu. Krajobraz jest przepełniony po brzegi,
stał się statyczny. Drzewa pochylają się nad sadzawkami cienia. Pola są obrzeżone mrocznymi pokrzywa-
mi. Gdzieniegdzie widać jeszcze brunatne prostokąty, miejscami jaśnieją też jeziorka błękitnego lnu, który
podobnie jak płonący rzepak przypomina odcienie południa, jest jednak łagodniejszy. Kiedy rozkwitające
maki spotykają się z błękitem, wygląda to tak, jakby tutaj, w angielskim krajobrazie, pracowała ręka mala-
rza impresjonisty.
Jest gorąco. Lato przechodzi już niemal do historii, staje się nieodzowną częścią aktualnych wia-
domości. Bije rekordy. Rozpoczyna się susza. Roje meduz w Kanale, rekiny wygrzewają się w pobliżu
wybrzeża Kornwalii. Sprzedaż lodów przez całą dobę cieszy się powodzeniem, ostrzeżenia przed salmo-
nellą w prognozach pogody. Jeden letni dzień przetacza się w następny, dnie podobne do siebie, niemal nie
do odróżnienia. Jeszcze o dziesiątej wieczór jest widno, a potem niebo zaczyna się wyczerpywać, wysy-
R
L
T
chać i w ciągu jednej chwili nabiera ciemnoniebieskiej, dziwnej, jakby elektrycznej barwy, a drzewa i ży-
wopłoty są już tylko cieniami w monochromatycznym krajobrazie.
Teresa i Luke są teraz jakieś pięćdziesiąt jardów od domu. Teresa podnosi Luke'a i sadza go na po-
przecznej belce ogrodzenia. Razem kontemplują pszenicę. Teresa patrzy na zegarek. Sprawdza, o ile cali
dzień posunął się do przodu; konieczność związana z czasem dziecięcym, z tym jedynym w swoim rodzaju
dyktatem potrzeb i nastrojów, kiedy godzina lub dzień zdają się nieruchome, rozciągnięte w nie kończące
się teraz. Paulina pamięta dokładnie, jak to było, i czuje się tak, jakby w jakimś rozstrzygającym sensie
zamieszkiwała inną strefę czasu niż Teresa, taką, w której godziny potykają się o siebie, zamiast godnie
kroczyć naprzód.
W tamtym czasie, w mieście katedralnym, była ekspertem, jeśli chodzi o czas dziecięcy. Wiedziała
dokładnie, ile godzin powinno się przeznaczyć na spacer w parku, na zakupy, na sen, na odwiedziny u
znajomych. Teraz chce wyjaśnić Teresie, że to wszystko jest złudzeniem, że w gruncie rzeczy miesiące
pędzą i przelatują, a razem z nimi Luke, bezpowrotnie stracone kolejne wcielenia Luke'a. Wie jednak, że
nie miałoby to żadnego znaczenia dla Teresy, która znajduje się w samym środku tego gąszczu. I ona wte-
dy zamieszkiwała inną strefę niż Harry. Jej dni były długie, a każdy był lustrzanym odbiciem poprzednie-
go. Dni Harry'ego, hm, dni Harry'ego były pośpieszne i zdyszane, pełne następujących po sobie semi-
nariów, zebrań, nagłych skoków do Londynu, do radia i niewytłumaczonych wypadów w rozmaitych kie-
runkach, gdyż tu była konferencja, której musiał zakosztować, a tam ktoś, z kim musiał omówić temat
pewnego artykułu, stypendium czy możliwość pracy. Paulina doszła do przekonania, że pogląd, iż akade-
mickie życie jest czymś uporządkowanym i kontemplacyjnym, całkowicie mija się z prawdą. Harry krążył
z miejsca na miejsce, od czasu do czasu wycofując się do swojego gabinetu na kilka godzin gorączkowej
pracy, podczas której nie wolno mu było przeszkadzać. Burzliwość jego egzystencji odzwierciedlało życie
kampusu uniwersyteckiego, które było w stanie nieustannego wrzenia. Studenci wiecznie demonstrowali
albo protestowali bądz w sprawie sytuacji światowej, bądz też we własnej, gdyż uważali, że są nie-
sprawiedliwie traktowani przez władze. Harry i jego koledzy byli wiecznie uwikłani w negocjacje z pod-
nieconymi studentami; atmosfera niepokoju przenikała do prywatnego domu, gdy telefon dzwonił w środ-
ku nocy albo gdy grupki studentów o surowych twarzach przychodziły doręczyć ultimatum.
Paulina żywo się tym wszystkim interesowała, ale zdawała sobie sprawę, że jest poza nawiasem.
Studenci nawet jej nie zauważali, zanurzeni w swoim własnym podniecającym świecie zniewag. Harry
widział ją codziennie, ale traktował dom i jego mieszkańców po prostu jako solidne miejsce zakotwiczenia,
do którego wracał, kiedy było mu wygodnie, w poszukiwaniu żywności i regeneracji. Wlatywał radosny
lub niekomunikatywny - stosownie do stanu umysłu - nie wiedząc nic o jej wlokących się dniach, wypeł-
nionych godzinami, w których mogła rozważać inny, alternatywny sposób życia.
Paulina i Teresa są nad sadzawką w parku i karmią kaczki.
- Tatuś? - mówi Teresa z ożywieniem, patrząc na drugą stronę sadzawki.
R
L
T
- Nie - odpowiada Paulina - to tatuś innego dziecka. Twój tatuś jest teraz w rozgłośni radiowej,
wielkim gmachu gdzieś na Oxford Street, tak mi przynajmniej powiedział. Z drugiej strony jednak może
wcale go tam nie ma. Równie dobrze może świetnie się bawić w jakimś pubie z bliskimi znajomymi, któ-
rych nie znam, a może siedzi schylony nad książką w bibliotece British Museum. Może także być w łóżku
z tą babką, Clare Jakąś-Tam, która ostatnio kilkakrotnie do niego wydzwaniała i wolała nie zostawiać
wiadomości. Właściwie nie wiem, gdzie jest twój tatuś. Zauważyłam, że większość matek twoich koleża-
nek dobrze wie, gdzie są ich mężowie, co daje mi dużo do myślenia, chociaż twój tatuś robi się drażliwy i
boleśnie dotknięty, gdy mruczę coś na ten temat. Twój tatuś daje mi do zrozumienia, iż jest wspaniałym,
wybijającym się młodzieńcem; ujmuje to wprawdzie trochę inaczej, ale to właśnie ma na myśli, wyrażając
swoje pretensje, że przecież nie można oczekiwać od niego, by wyliczał się z każdego kroku. Twój tatuś
sugeruje, że dusi się z powodu mojej troskliwości, bo chcę zrobić z niego swoją własność. Kiedy coś mnie
ubodło do żywego i nawiązuję do pewnego epizodu, którego tu nie będziemy omawiać, wygląda na znu-
żonego i robi mi wyrzuty, bo sądził, że to już dawno zostało pogrzebane. Wmawia mi, że się grubo mylę, a
ja czuję się jak idiotka, co z jego strony jest dużym osiągnięciem, ponieważ jest jasne jak słońce, iż wina [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elpos.htw.pl