[ Pobierz całość w formacie PDF ]
zniósł widoku tego grozę budzącego stworzenia, o
dziwacznej głowie, które skoczyło ku niemu,
pociągając za sobą Tarzana; ze skowytem zawrócił i
uciekł, za nim jego towarzysze i samica.
Numa próbował ich gonić, lecz Tarzan trzymał go na
smyczy, gdy zaś lew z wściekłością rzucił się na
niego, począł niemiłosiernie walić go po głowie
włócznią. Wstrząsając głową i mrucząc groznie, lew
nareszcie ruszył w nakazanym kierunku, dąsał się
jednak jeszcze z godzinę. Bardzo głodny i naturalnie
w złym humorze, był jednak uległy dzięki
heroicznym metodom poskramiania, jakimi Tarzan
się posługiwał, więc kroczył obecnie przy boku
człowieka-małpy, niby wielki pies.
Ciemno już było, gdy zbliżyli się do linii angielskich.
Nieopodal wysuniętych placówek Tarzan przywiązał
Numę do drzewa, a sam poszedł dalej. Przemknął
obok wartownika, minął straże i poszedł do kwatery
pułkownika Capella, ukazując się zebranym tam
oficerom, jak bezcielesny duch, materializujący się w
powietrzu.
Gdy zobaczyli, kto to przyszedł tak bez
zapowiedzenia, uśmiechnęli się, a pułkownik w
zakłopotaniu poskrobał się po głowie.
- Ktoś powinien być za to rozstrzelany - powiedział. -
Równie dobrze mógłbym wcale nie rozstawiać wart,
jeśli człowiek może przeniknąć przez nie, ilekroć ma
ochotę.
Tarzan uśmiechnął się.
- Niech pan nie ma do nich pretensji - rzekł -ja nie
jestem człowiekiem. Jestem Tarmangani. Każdy
Mangani, gdyby zechciał, mógłby wejść do obozu.
Gdyby pan jednak ich miał na warcie, nikt by nie
wszedł bez ich wiedzy.
- Któż to są ci Mangani? Może moglibyśmy garść ich
zwerbować?
Tarzan potrząsnął głową.
- To są Wielkie Małpy - wyjaśnił - mój lud; ale nie
może pan z nich skorzystać. Nie mogą one długo
zatrzymać uwagi na jakiejś myśli. Gdybym im
powiedział o pańskiej propozycji, zainteresowaliby
się bardzo, ale na krótką chwilę - mógłbym ich
ciekawość utrzymać nawet na tak długo, by je tu
przyprowadzić i wytłumaczyć im ich obowiązki;
wkrótce jednak znudziłoby je to i uciekłyby do lasu,
by poszukiwać chrabąszczy, zamiast pilnować swych
stanowisk. Umysły ich są dziecięce i dlatego
pozostają tym, czym są.
- Pan zowie ich Mangani, siebie zaś Tarmangani. Na
czym polega różnica? - zapytał major Preswick.
- Tar oznacza biały - odpowiedział Tarzan - Mangani
zaś - wielka małpa. Moje imię, imię nadane mi przez
szczep Kerczaka, znaczy Biała Skóra. Gdy byłem
maleńkim dzieckiem, skóra moja musiała wydawać
się bardzo białą, przy pięknym czarnym futrze Kali,
mojej mlecznej matki, i dlatego nazwano mnie
Tarzan, Tarmangani. Pan też nazywa się
Tarmangani - zakończył z uśmiechem.
Capell uśmiechnął się.
- To nie żadna obelga, Greystoke - rzekł - i, na
Jowisza, zdobyłby odznaczenie, kto by potrafił
odegrać pańską rolę. Ale co z pańskim planem? Czy
nadal pan sądzi, że zdoła opróżnić okop na wprost
naszego odcinka?
- Czy wciąż jest zajęty przez Gomanganich? -
zapytał Tarzan.
- Co to są Gomangani? - zaciekawił się pułkownik. -
Jest wciąż zajęty przez krajowe wojska, jeśli to pan
ma na myśli.
- Tak - odrzekł człowiek-malpa - Gomangani to
wielkie, czarne małpy, Murzyni.
- Co pan zamierza uczynić i co my mamy robić? -
zapytał Capell.
Tarzan zbliżył się do stołu i położył palec na mapie.
- Tu jest placówka - rzekł - tu właśnie są ukryte
działa szybkostrzelne. Tunel łączy je z okopem w
tym miejscu - palec jego posuwał się po mapie w
miarę, jak mówił. - Daj mi pan bombę i gdy usłyszy
pan jej wybuch w tym miejscu, gdzie jest placówka,
niech ludzie pańscy przejdą pas neutralny. Usłyszą
wtedy poruszenie w okopie nieprzyjacielskim, lecz
niech się nie spieszą i niech nadejdą spokojnie.
Proszę ich też ostrzec, że ja mogę być wówczas w
okopie i że wcale nie pragnę być zastrzelony lub
przebity bagnetem.
- I to wszystko? - zagadnął Capell, poleciwszy
oficerowi, by dał Tarzanowi ręczny granat. - Pan
sam opróżni okop?
- Niezupełnie sam - odrzekł Tarzan z okrutnym
uśmiechem - ale go opróżnię i, proszę pamiętać,
pańscy ludzie niech lepiej wejdą przez tunel od
strony placówki. Za jakie pół godziny, pułkowniku.
Z tymi słowy odszedł.
Gdy przechodził przez obóz, nagle przypomniała mu
się twarz oficera, którego był spostrzegł za pierwszą
bytnością w kwaterze pułkownika. Potrząsnął głową
z powątpiewaniem. Nie, to niemożliwe. A jednak,
rysy młodego człowieka były te same, co Frulein
Kirchner, szpiega niemieckiego, którą widział w
niemieckiej kwaterze owej nocy, gdy sprzątnął
majora Schneidrra sprzed nosa generała i jego świty.
Minąwszy ostatnie linie wart, Tarzan szybko
podszedł do Numy. Zwierz leżał u stóp drzewa, na
widok Tarzana podniósł się. Cichy szloch wyrwał się
z jego owiązanego pyska. Tarzan uśmiechnął się,
gdyż w nowym dzwięku rozpoznał nutę błagalną,
podobną raczej do skomlenia głodnego psa niż do
głosu dumnego króla zwierząt.
- Wkrótce zaczniesz zabijać - i jeść - szepnął w
narzeczu wielkich małp.
Odwiązał linę od drzewa i z Numa przy nodze
zakradł się na pas neutralny.
Słychać tam było trochę ognia karabinowego, z
rzadka jakiś granat zdradzał obecność artylerii,
ukrytej na przeciwległych liniach. Granaty z obu
stron padały daleko za okopy, nie groziły
więc Tarzanowi żadnym niebezpieczeństwem; lecz
ich wybuchy i szczęk karabinów wywierały wielkie
wrażenie na lwa, który, drżąc na całym ciele,
przykucnął obok Tarzana, jak gdyby szukając u
niego opieki.
Ostrożnie skradali się oboje ku placówce
niemieckiej. W jednej ręce trzymał Tarzan pocisk
angielski, w drugiej zwinięty sznur, na: którym lew
był uwiązany. Wreszcie dojrzał pozycję, odległą o
kilka łokci. Bystre jego oczy dostrzegły głowę i
ramiona wartownika. Człowiek-małpa mocno
zacisnął bombę w prawej ręce. Oczyma wymierzył
odległość, zabrał nogi, podniósł się jednym rzutem i
cisnął granat, po czym natychmiast rozpłaszczył się
na ziemi.
Po upływie pięciu sekund nastąpił straszliwy wybuch
w samym środku placówki. Numa zerwał się do
ucieczki, lecz Tarzan trzymał go mocno i pobiegł
[ Pobierz całość w formacie PDF ]