[ Pobierz całość w formacie PDF ]

gdzie w ciszy i spokoju mógłby odzyskać równowagę ducha.
Na jawie i we śnie towarzyszył mu wizerunek Freda Gartnera. Wszystkie jego myśli ob-
racały się wokół człowieka, którego nie mógł otwarcie nazwać swoim synem, choć bez wątpie-
nia w jego żyłach płynęła krew Letzingenów. Często też przywoływał w pamięci obraz matki
Freda.
Widział jej dumną, zaciętą twarz, kiedy wyrywała mu się, a on chciał ją zatrzymać. Nie
mógł zapomnieć jej rozpaczliwie zaciśniętych ust i oczu pełnych niemej skargi. Pózniej wiele
razy żałował tego, co uczynił. Nieraz przychodziło mu do głowy, żeby rzucić całe to bogactwo,
dla którego poświęcił jedyną prawdziwą miłość swojego życia, i wrócić do Marii.
Ale jego wina wydawała mu się nie do naprawienia. Zło, które wyrządził, na trwałe od-
dzieliło go nie tylko od Marii, ale także od jego syna. Freda. Przez wszystkie te lata ciężko od-
pokutował za tamten grzech, ale jego żal przybrał na sile, odkąd uświadomił sobie, jaka była
prawdziwa cena spadku po Letzingenach. Dla niego wyrzekł się nie tylko żony, ale także wła-
snego dziecka.
W duchu bez przerwy słuchał oskarżeń pod swoim adresem, wypowiadanych przez tych
dwoje ludzi. Te zarzuty, które w rzeczywistości stawiało mu jego własne sumienie, nie dawały
mu spokoju ani za dnia, ani w nocy. Dobrowolnie zadręczał się rozważaniami na temat strasz-
R
L
T
nego położenia, w jakim znalazła się Maria, gdy ją opuścił: z jego dzieckiem pod sercem, w
obcym kraju, bez żadnej pomocy, wobec niepewnej przyszłości.
Jakże chętnie wsiadłby na statek, odnalazł tych dwoje ludzi i pokornie poprosił ich o
przebaczenie. Ale nawet tego nie mógł uczynić, ponieważ wówczas wyszłoby na jaw, że po-
służył się fałszywym nazwiskiem, aby móc zawrzeć związek małżeński z Marią.
Oczywiście nie zrobił tego w złej wierze. Udając się za wielką wodę chciał na zawsze
pozbyć się swojego nazwiska, ponieważ obawiał się, że tryb życia, jaki będzie tam wiódł,
ośmieszy zarówno tytuł, jak i nazwisko Letzingen. Przypadek umożliwił mu zmianę nazwiska.
Na krótko przed opuszczeniem ojczyzny jego przyjaciel, Teodor Gartner, zastrzelił się. Portfel
wraz z dokumentami samobójca zostawił w mieszkaniu Alfreda, którego odwiedził, żegnając
się z ludzmi i światem.
Nie wiedząc, co ma z nimi zrobić, Letzingen zatrzymał te dokumenty. Gartner nie miał
krewnych, więc nikt nie zatroszczył się o rzeczy, które po nim pozostały. Kiedy pakował się
przed podróżą, te papiery wpadły mu w ręce. Wtedy pomyślał, że mógłby dalej żyć jako Teo-
dor Gartner. To był jeden z tych nieoczekiwanych, nagłych pomysłów, które potem okazują się
tak brzemienne w skutkach.
Kiedy Letzingen po raz pierwszy w Ameryce zapytany o nazwisko odruchowo podał się
za Gartnera, już potem nie miał okazji powrócić do swojego dawnego wcielenia, aż do chwili,
kiedy przyjechał do Niemiec jako spadkobierca Letzingen.
Czyż mógł teraz ośmielić się prosić swoją pierwszą żonę o wybaczenie, kobietę, którą
tak poniżył? Czyniąc to, powtórnie okryłby ją hańbą, gdyż z pewnością tak właśnie by się po-
czuła, dowiedziawszy się, że zataił przed nią swe prawdziwe nazwisko. Wówczas co prawda
sądził, że do końca życia nie będzie już mu potrzebne. Alfred Letzingen miał już nigdy nie
zmartwychwstać. Ale kobieta, która okazała mu tyle miłości i zaufania, musiałaby poczuć się
zraniona tym, że ich ślub był w zasadzie oszustwem. Zupełnie ignorując wszystkie konsekwen-
cje, wynikające z faktu przyznania się do przestępstwa, chciał przede wszystkim oszczędzić jej
kolejnego cierpienia
Jakże chętnie oddałby teraz wszystko, co posiada, gdyby za to mógł odzyskać swojego
syna. Odkąd uświadomił sobie, że jest nim Fred Gartner, jego życie nabrało wreszcie głębszego
sensu. Mimo to czuł się jak człowiek, który odkrył pod ziemią olbrzymią bryłę złota, której
nigdy nie będzie mógł wydobyć na powierzchnię.
R
L
T
Krótko mówiąc, Alfred Letzingen był bardzo przygnębiony i przybity informacjami,
które otrzymał z Nowego Jorku.
Kiedy uporał się z pracą wyznaczoną na ten dzień, kazał służącemu spakować walizki.
Następnego dnia miał pojechać do zacisznego Letzingen.
Usiadł przy biurku, aby zająć się jeszcze trochę korespondencją. Wtedy usłyszał dzwo-
nek u drzwi. W kilka sekund pózniej nadszedł służący.
 Panie Letzingen, jakaś dama życzy sobie zobaczyć się z panem.
Letzingen niechętnie podniósł wzrok znad listów. Nie miał najmniejszej ochoty na po-
dejmowanie gości, nawet dam, choćby i najprzystojniejszych.
 Jakaś dama? Przecież mówiłem ci, że nie ma mnie dla nikogo.
 Wiem, bardzo przepraszam, ale ta kobieta kazała mi przekazać, że przyjechała wła-
śnie z Nowego Jorku i ma wiadomość od łaskawej panienki.
Letzingen zdumiał się.
 Od mojej córki?
 Tak, panie Letzingen.
 W takim razie to co innego. Proszę, zaprowadz ją do salonu.
 Już to zrobiłem.
 Dobrze. Zaraz do niej przyjdę.
Wstał i po wyjściu służącego udał się do salonu.
Wchodząc zauważył przy oknie elegancko ubraną damę. Usłyszawszy jego kroki odwró-
ciła się i wbiła w niego badawczy wzrok. Oczy miała szeroko otwarte. Jasne światło słoneczne
wpadające przed okno i oświetlające ją od tyłu sprawiło, że Letzingen ujrzał najpierw tylko jej
kontury, otoczone jaskrawą, oślepiającą poświatą. Na razie nie widział jej twarzy.
 Dzień dobry! Co łaskawą panią do mnie sprowadza?  spytał, ukłoniwszy się
uprzejmie.
Maria Gartner zrobiła kilka kroków w jego kierunku. Ustawiła się tak, że jasny promień
padł jej na twarz. Letzingen zauważył na niej wielkie wzburzenie.
 Przyszłam, aby przekonać się, czy Alfred Letzingen i Teodor Gartner to ta sama oso-
ba  rzekła zduszonym głosem.
Zatrząsł się jak rażony piorunem.
R
L
T
Maria natychmiast rozpoznała w nim swego byłego męża. Oczy Letzingena po chwili
przywykły do jaskrawego światła i wtedy on również uświadomił sobie, kim jest stojąca przed
nim kobieta. Pobladł i zachwiał się.
 Mario, to ty?
Patrzyła na niego zrozpaczonym wzrokiem. Załamała ręce. Oto dowiedziała się już, cze-
go chciała. Szczęście jej syna leżało w gruzach. Z trudem powstrzymywała płacz.
 Tak, to ja! Po wielu latach wróciłam, by cię oskarżyć. Nie o to, że wtedy z taką ła-
twością wyrzuciłeś mnie ze swego życia. To już dawno ci przebaczyłam. Ale dzisiaj przycho-
dzę, by zapytać cię, dlaczego oszukałeś mnie, poślubiając mnie pod fałszywym nazwiskiem?
Kiedy ochłonął już po pierwszej fali szoku, ciężko wzdychając podsunął jej fotel.
 Proszę, usiądz! Masz pełne prawo mnie oskarżać. Przyznaję się do winy wobec cie-
bie. Ale proszę, wysłuchaj mnie, mam ci tyle do powiedzenia. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elpos.htw.pl