[ Pobierz całość w formacie PDF ]

takiego nagle wynikło?
- Chodzi wyłącznie o interesy, kochanie - zapewnił. -
Próbowałem cię złapać w Urban Designs, ale już wyszłaś, a Liz
dała mi telefon do domu. Tylko się na nią nie wściekaj, złotko.
To wyjątkowa sytuacja.
- Wyjątkowa? - mruknęła sceptycznie, ocierając wilgotne
policzki.
- Można tak powiedzieć. Wydział transportu robi trudności
Jimowi Conklinowi.
- Komu?
- Jimowi Conklinowi. Pamiętasz swój raport na temat
zakładów chemicznych?
- Tak. - Gretchen usiłowała otrząsnąć się z myśli na tematy
osobiste. - A cóż on ma wspólnego z wydziałem transportu?
RS
144
- Utrzymują, że jeśli firma wytycza nową drogę dojazdową,
musi zapłacić za instalację sygnalizacji świetlnej na
skrzyżowaniu z szosą.
- I co z tego? Gdyby poszerzali starą drogę, prawdopodobnie
również musieliby instalować światła.
- Tak, ale Jim twierdzi, że za drewno sprzedane tartakowi
otrzymaliby sumę, pokrywającą koszty przebudowy drogi.
- Na litość boską! - wybuchnęła. - Wydają miliony dolarów na
budowę zakładów, a żałują paru centów?
- Posłuchaj, złotko. - Jack przemówił łagodnie, świadomy
irytacji swojej rozmówczyni. - Jesteś rozsądna. Jim Conklin na
razie nie kieruje się rozsądkiem. Za piętnaście minut jestem z
nim umówiony na kolację i pomyślałem, że gdybyś też była
obecna, przekonałabyś go do swojego rozwiązania.
- Za piętnaście minut? Jack, właśnie wróciłam po codziennym
biegu.
- Dzwonię do ciebie od godziny. Już sądziłem, że Liz podała
mi zły numer. Przyjdz, proszę. Chodzi o interesy. Chcesz ocalić
kilka drzew?
- W porządku - ustąpiła, wzdychając. Gdyby udało się ocalić
piękne stare drzewa, ocieniające drogę, może nie uważałaby
całego swego życia za katastrofę. - Gdzie się spotykacie?
- W ,,The Winery" - wymienił restaurację w centrum New
Haven. - Kiedy się tam pojawisz?
- Przyjadę, to będę - rzuciła bez ogródek. - Najpierw wezmę
prysznic. W takim stanie, w jakim się obecnie znajduję, nie
wpuszczono by mnie do restauracji.
- Pamiętam, jak wyglądasz po bieganiu - skomentował. - Rusz
się, Gretch. Do zobaczenia.
I odłożył słuchawkę.
Westchnęła ciężko. Z pewnością nie miała nastroju na
wieczorne pogawędki z Jackiem i przedstawicielem firmy
chemicznej. Wolałaby wejść pod kołdrę i zostać sam na sam ze
swoim smutkiem. Skoro Cliff jej nie kochał, czy mogła się
RS
145
zajmować ratowaniem drzew? Jak zdoła uprzejmie i
profesjonalnie rozmawiać z klientem, skoro czuła się jak
najgłupsza przedstawicielka płci pięknej kiedykolwiek chodząca
po ziemi?
Z drugiej jednak strony, spotkanie z Jackiem i Jimem
Conklinem mogło jej pomóc zapomnieć o bólu. Podniosła się z
podłogi i poszła do łazienki. Cóż, na odbywaniu takich spotkań
polegała jej praca. Zaś jej pasją było ratowanie drzew przed
zakusami chciwych przedsiębiorców budowlanych. Wiedziała,
że musi iść na spotkanie.
Odkręciła kran z zimną wodą. Z prysznica popłynął
odświeżający deszcz. Zmywał pot, rozluzniał mięśnie. W
porządku. Cliff odszedł. Przeżył cudowne chwile, na których tak
mu zależało, i odszedł. Nie pozostawało nic innego, jak
pogodzić się z tym faktem.
Próbowała kochać na różne sposoby. Stworzyła sztuczny,
utrzymywany na siłę związek z Jackiem. Potem rzuciła się w
ramiona nieznajomego, aby przeżyć erotyczną przygodę. Za
trzecim razem postąpiła najgorzej. Pragnęła trwałego,
uczciwego związku z Cliffem, ale nie chciała go wystraszyć
wysuwaniem żądań.
Może nie była stworzona do miłości? Może miała
nieodpowiedni temperament?
Nie, nie bała się wystraszenia Cliffa. Nie żądała deklaracji,
ponieważ była pewna, że łączy ich miłość i zaufanie.
Przypomniała sobie wszystko, co mówił o sobie, o swojej
drodze życiowej, o zasadach, które wyznawał, o radości życia.
Jakże mogła dać się tak zwieść? Poeta duszy, doprawdy!
Wygadany mistrz pokrętnej mowy. Kiedy nie mówił o radości
życia, rozprawiał o zadowoleniu. Sama była wszystkiemu
winna. Jako kobieta zakochana słyszała tylko to, co chciała
usłyszeć. Cliffa interesował jedynie weekendowy romans,
połączony z załatwianiem interesów w New Haven.
RS
146
Może oszukiwał ją świadomie, aby odegrać się za jej
zachowanie na szlaku? A przecież nie zrobiła nic złośliwie i
nigdy nie zamierzała sprawić mu bólu. Targały nią wtedy
sprzeczne emocje, nie znane wcześniej pragnienia. Nie mogła
uwierzyć, że Cliff ją oszuka, wiedziony chęcią zemsty. Nie
zraniła go aż tak poważnie.
Dzielenie włosa na czworo nic w tej chwili nie da. Zakręciła
kran i chwyciła ręcznik. Spieszyła się na spotkanie w sprawach
zawodowych. Potem dopiero przyjdzie pora na rozpamiętywanie
własnego nieszczęścia.
Wytarła ciało i pobiegła do sypialni, aby dokonać szybkiego
przeglądu garderoby. Błyskawicznie znalazła odpowiednią
sukienkę z jasnozielonego lnu. Włożyła sandały i
wyszczotkowała włosy. Nie traciła czasu na układanie ich w
węzeł na karku.
Zerknęła na swe odbicie w lustrze i jęknęła. Usta
wykrzywione grymasem goryczy, zmarszczki przecinające
czoło, puste, smutne oczy... Natychmiast odwróciła wzrok.
Złapała jeszcze torebkę, klucze i wyszła w pośpiechu.
Kiedy wkroczyła do restauracji, Jack i Jim Conklin już tam
byli, tak jak się spodziewała. Studiowali menu. Kelner
zaprowadził Gretchen do stolika. Na jej widok mężczyzni
grzecznie podnieśli się z miejsc. Usiadła obok Jacka.
Spostrzegła, że w oczekiwaniu na jej przybycie zamówili drinki.
Nietknięty gin z tonikiem czekał na nią.
Spojrzała z wyrzutem na Martella.
- Sądziłem, że zaraz nadejdziesz, więc zamówiłem w twoim
imieniu. Gin z tonikiem to nadal twój ulubiony drink, prawda?
Gretchen przygryzła wargi. Nie miała nic przeciwko
drinkowi. Właściwie była w nastroju na topienie smutków w
kieliszku. Pewność siebie Jacka napawała ją jednak niesmakiem.
Upiła trochę trunku, aby opanować nerwy. Nie mogła sobie
pozwolić na nie kontrolowane reakcje. Liczyły się tylko
RS
147
interesy. Odstawiła szklankę i z wymuszonym uśmiechem
zwróciła się do Jima Conklina.
- Jack mówi, że chcecie zniszczyć te wspaniałe drzewa -
zaczęła.
Jim roześmiał się niepewnie.
- Ująłbym to zupełnie inaczej, pani Sprague. Osobiście nie
mam nic przeciwko drzewom, rozumie pani. To po prostu
kwestia dokładnego obliczenia kosztów.
Nadszedł kelner. Gretchen zamówiła stek, nawet nie
zaglądając do menu. Nie czuła apetytu i podejrzewała, że i tak
niewiele przełknie.
Poprosiła Conklina o wyjaśnienie, na czym polegają trudności
z wydziałem transportu i jakie jest stanowisko szefów jego
firmy. Udzielił wyczerpującej odpowiedzi. Jack wtrącał się od
czasu do czasu z dodatkowymi informacjami.
Gretchen słuchała uważnie, wdzięczna obu mężczyznom, że
odciągają jej myśli od Cliffa.
- Pozwólcie, że zdradzę publiczną tajemnicę - odezwała się,
kiedy Jim skończył. - Większość społeczeństwa nie lubi
zakładów chemicznych. Z pewnością ludzie używają waszych
produktów i cieszą się, że dajecie zatrudnienie, ale nie lubią
zatruwania środowiska, szkodliwych oparów i ścieków...
- Moja firma bardzo dba o ochronę środowiska - oznajmił Jim
z nadętą miną. - Mamy świetną opinię.
Gretchen poszła za ciosem.
- W takim razie co z drzewami? To też część środowiska
naturalnego.
- Pani Sprague - westchnął Jim - wycięcie kilkunastu drzew to
nie to samo co wlanie do rzeki trujących substancji. Rozumie
pani.
- Znacznie więcej niż kilkunastu. Poszerzenie drogi
wymagałoby usunięcia co najmniej kilkudziesięciu drzew.
Wiem - uprzedziła jego ewentualny argument - że chcecie
sprzedać drewno do tartaku. Mówimy jednak o opinii
RS
148
publicznej, panie Conklin. Skoro pierwszym posunięciem pana
firmy jest wycięcie ocieniających drogę drzew, co pomyśli o
was społeczeństwo?
Kelner przyniósł zamówione dania. Podczas jedzenia Conklin [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • elpos.htw.pl